środa, 14 sierpnia 2013

OPENER FESTIVAL - tydzień w Trójmieście na początek wakacji

Moja druga klasa liceum zleciała w mgnieniu oka. Po początkowym wewnętrznym buncie związanym z powrotem, narzekaniem na polski system edukacji i powtarzaniem, że "w Stanach rozwiązali to lepiej", w końcu przyzwyczaiłam się, a w zasadzie po prostu odzwyczaiłam od USA. W drugiej połowie roku mój rocznik z racji przekraczania progu pełnoletności rozpoczął "sezon osiemnastkowy". Szczególnie dużo tego typu imprez nasiliło mi się pod koniec roku szkolnego, w maju i czerwcu, rozpoczynając między innymi na mojej przyjaciółce Oksanie, po osiemnastkę mojego chłopaka Michała w dzień zakończenia roku szkolnego.







Kilka dni po rozpoczęciu wakacji wraz z Michałem i grupką znajomych wybrałam się do Trójmiasta na czterodniowy Opener Festival. Czekała nas tam piekna pogoda, przedpołudnia na plaży w Sopocie, wieczorne i nocne koncerty, Kings of Leon, Arctic Monkeys, Blur, Hey, Maria Peszek, RIHANNA i wieeeeeele innych zespołów a także poranne letnie powroty kolejką do pokoju w Gdańsku. W Trójmieście spędziłam łącznie tydzień. Było naprawdę fantastycznie. Wiem, ze w przyszłym roku z pewnością również się WYBIERAM i początek lipca 2014 jest zarezerwowany na właśnie ten festiwal!




autobus, na którym można było się podpisywać!!

RIHANNA

mapa w ręku i szukamy drogi jak prawdziwi turyści


Poza openerem, tego lata Trójmiasto odwiedziłam jeszcze raz a w najbliższych dniach wyruszam do Chorwacji, ale o tym może innym razem! Miłej końcówki wakacji!

sobota, 4 maja 2013

PANCAKES!

Znalazłam chyba najlepszy przepis na amerykańskie naleśniki! Są takie jak z filmów (i jakie podają w prawdziwych restauracjach w USA). Aż sama się dziwię, że na wszystko natrafiłam dopiero w Polsce, ale teraz chociaż czasem w sobotni poranek mogę wrócić (poprzez jedzenie) do Kalispell. Naleśniki są niesamowicie puszyste i polewam je syropem klonowym, który leży w mnie w domu na półce obok masła orzechowego - są jeszcze takie amerykańskie rzeczy, z którymi po prostu nie mogę się rozstać!



Składniki na ok 2-3 osoby:
  •  1 i 1/4 szklanki mąki
  • 1 jajko
  • 1 i 1/4 szklanki maślanki
  • 1/4 szklanki cukru
  • 1 czubata łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 1/4 szklanki oleju
  • szczypta soli
 Przygotowywanie nie jest skomplikowane. Wystarczy w misce mikserem na niskich obrotach bądź trzepaczką wymieszać wszystkie składniki aż się połączą, nie dłużej, by ciasto nie było później zbyt mało delikatne. Na rozgrzaną patelnię (minimalnie naoliwioną- dosłownie kilka kropli) nakładamy ciasto i przewracamy w momencie kiedy pojawią się bąbelki widoczne na powierzchni ciasta. Smażymy jeszcze chwilę i voila! Smacznego!

wtorek, 2 kwietnia 2013

Bo najtrudniejsze są chyba podsumowania!

Pamiętam jeszcze chwile, gdy było dawno po północy a ja siedziałam w moim amerykańskim pokoju i składałam po kolei słowa, żeby napisać sensowny wpis na bloga. Była to w sumie codzienność albo chociaż prawie codzienność (maksymalnie co drugi wieczór). 

Nigdy nie byłam zbytnio typem osoby prowadzącej pamiętnik, ale jakoś potrafiłam przez rok w miarę systematycznie pisać bloga. Jestem teraz niesamowicie wdzięczna sobie, że to robiłam, bo w wirze polskiej rzeczywistości, czasem świetnie jest wrócić do wpisów na przykład z zeszłego listopada czy kwietnia. Teraz najwyraźniej wróciłam do dawnego trybu niezapisywania minionych chwil, dlatego na hellofrommontana wieje pustką.

Zabieram się dzisiaj za najtrudniejszy temat, czyli podsumowania. Dociera do mnie, że niełatwo jest zebrać emocje z 10 miesięcy w kilkadziesiąt zdań. Pierwsze co przychodzi mi na myśl to, że z pewnością nie żałuję, że pojechałam. Jakkolwiek trudno było momentami, warto!

Gdy jako trzeciogimnazjalistka zdecydowałam się ubiegać o wyjazd do Stanów, chyba nie do końca zdawałam sobie sprawę ze wszystkiego. Zawsze uważałam się za osobą dość rozsądną i trzeźwo myślącą, więc wiedziałam, a bardziej przypuszczałam, że nie będzie tylko kolorowo. Tak naprawdę byłam w głównej mierze po prostu podekscytowana. "Przygoda życia, amerykańskie liceum!!"- chyba nie było dnia żebym w głowie nie miałam jakby wypisane te słowa wielkimi literami. 

Po prawie roku starań w końcu stanęłam na lotnisku i samodzielnie przekroczyłam bramkę, wsiadłam do samolotu, podenerwowałam się trochę ( z perspektywy czasu uśmiecham się gdy myślę o mnie biegającej po lotnisku w Amsterdamie i wymuszonym płaczu by dostać miejsce w samolocie do USA) i w końcu wylądowałam w Kalispell. Początki nie były nawet takie trudne, sama byłam zaskoczona ile rozumiem i jak pięknie jest wokół. Wszyscy byli mili, uprzejmi, pomocni. Trochę bałam się odzywać, gdyż często brakowało mi znajomości bardziej skomplikowanych słówek, ale z każdym dniem już mniej o tym myślałam. Rozpoczęła się szkoła, zajęcia, poznawanie mnóstwa ludzi i wtedy pierwszy raz chyba zderzyłam się jakby ze ścianą. Pierwszy raz coś było nie tak jak sobie wyobrażałam. Owszem, poznałam wiele osób, ale w szkole, która miała ponad tysiąc uczniów przez jakiś czas czułam się prawie sama. Moi klasowi koledzy co roku mieli uczniów z wymiany i "sensacją" ci nowi byli może dwa dni. Nie oczekiwałam bycia w centrum uwagi, ale zauważyłam, ze jeśli sama nie podejdę i nie będę bardzo otwarta to będę potem tego żałowała. Uwierzcie, nie było łatwo, jesteś w nowej szkole, nie znasz nikogo, ponadto na każdym kroku musisz skupić się by wszystko zrozumieć i jeszcze masz tak po prostu być otwartym. Przyzwyczajałam się do relacji wśród amerykanów jeszcze przez długi czas. Później w trakcie roku szkolnego zapisałam się do klubów sportowych, grałam w sztukach teatralnych. Zawsze miałam dobry kontakt z wymieńcami. Zaczęło się układać.

Byłam na meczach footballa, szkolnych balach, imprezach, urodzinach koleżanek. Z jednego takiego przyjęcia wyszła chyba najlepsza dla mnie rzecz. Gdy byłam w trudnej sytuacji z moją host rodziną i postanowiłam ją zmienić, zamieszkałam właśnie u koleżanki, u której tydzień wcześniej byłam na urodzinach. Tylko dlatego że wtedy jej rodzice i rodzeństwo pozytywnie mnie odebrało i zapamiętało, zdecydowali się przygarnąć mnie pod swój dach na cały drugi semestr. 

Wracając do zmiany rodziny, był to najtrudniejszy moment podczas całej wymiany. W życiu chyba nigdy wcześniej nie musiałam przechodzić sama przez tak ciężką sytuację. Wmawiałam sobie, że dam radę, ale targały mną emocje. Niby chciałam mieszkać u innej rodziny, ale nawet nie wiedziałam czy w nowej będzie lepiej, czy nie. Może nie było tak źle? Pytałam i winiłam siebie o problemy w pierwszej rodzinie, ale przecież wiedziałam, że nic nie zrobiłam źle, po prostu czasem w życiu ludzie się nie dogadują. Po raz pierwszy zaczęłam tak naprawdę bardzo tęsknić. Wcześniej tak bardzo podobało mi się, że nie miałam czasu na wracanie myślami do Polski - w końcu spełniały się moje marzenia!

Już po zmianie, odzyskałam moje dawne nastawienie. Było cudownie do samego końca! Przeżyłam wiele niezapomnianych chwil. Byłam nad Pacyfikiem dwukrotnie, poszłam na prom, grałam w kolejnej sztuce teatralnej, poznałam moją najlepszą przyjaciółkę w Stanach (szkoda, że zaprzyjaźniłyśmy się dopiero pod sam koniec), bawiłam się wielokrotnie ze znajomymi, ukończyłam szkołę, grałam w tenisa i nagle nie wiadomo kiedy wróciłam do Polski. Jak ten czas szybko zleciał!!






Wyjechałam do Stanów i wróciłam trochę inna. Bogatsza w tyle nowych doświadczeń i zdecydowanie dojrzalsza. Żyłam w końcu sama cały rok za oceanem! To raczej nie jest codziennością dla każdej 16-17 latki.Jest tyle plusów takiego wyjazdu, że z łatwością zakrywają one małe minusy po drodze. Oprócz tego, że znam angielski już naprawdę biegle, poznałam inną kulturę, setki ludzi. Teraz czasem nawet mówię do siebie: "Byłam  w USA jako szesnastolatka, nic nie jest nieosiągalne". I to mnie motywuje...