sobota, 28 kwietnia 2012

Prezentacja o Polsce

Moje amerykańskie liceum wymaga od wszystkich uczniów z wymiany tego, by pod koniec roku szkolnego mieć prezentację o swoim kraju przed uczniami liceum. W tym roku zdecydowano, że będziemy przedstawiać je w jednej z naszych klas. Mi wypadła historia ;)) Już od ponad miesiąca wiedziałam, że muszę zabrać się do tworzenia prezentacji, myśleniu co zaprezentuję, co warto powiedzieć, co nie .. - mimo wszystko odkładałam to na ostatnią chwilę. Wydawało by się, że będzie to proste, ale wybranie właściwych tematów z Polskiej historii i kultury nie jest takie łatwe. Niedługo później dowiedziałam się, że data mojej prezentacji to 27 kwietnia.


Jak już pisałam wcześniej w innych notkach, publiczne przemówienia to nie jest problem dla mnie. Stojąc przed całą klasą czułam się bardzo swobodnie i nie miałam ochoty kończyć. Przed sobą miałam kartkę z tym co chcę powiedzieć, ale nie użyłam jej ani razu. Dzień wcześniej upiekłam ciemny placek z jabłkami (mój ulubiony) dla mojej klasy do spróbowania. Ponadto wzięłam ze sobą parę książeczek ze zdjęciami Kalisza, książkę kucharską, psikawki - jajka, by opowiedzieć o Wielkanocy i opłatek z Wigilii.



Opowiadałam o tym gdzie jest Polska, ile u nas jest ludzi, trochę o Warszawie i Kaliszu. Z historii wspomniałam chrzest Polski, by pokazać jak daleko sięga nasza historia, rozbiory oraz druga wojnę światową (zarówno kampanie wrześniową jak i Katyń). Potem opowiadałam o jedzeniu, świętach wielkanocnych i bożonarodzeniowych. Oczywiście pokazałam wiele zdjęć z Polski - Toruń, Malbork, Warszawa, Bałtyk to tylko kilka z wielu rzeczy o których opowiadałam. By nie zanudzić uczniów wspomniałam o kilku różnicach kulturowych, o tym, że nie jemy masła orzechowego za często, w szkołach piszemy długopisami a nie ołówkami, że prawo jazdy ma się w wieku 18 lat itp. Wiele osób śmiało się, gdy wspomniałam o karcie rowerowej. Generalnie było zabawnie i na luzie. Moja prezentacja trwała prawie 45 minut, uczniowie zadawali ciekawe pytania (wcale nie głupie) - było super :) Najbardziej mnie ucieszyło, gdy po prezentacji kilka osób podeszło do mnie i pogratulowało mi, mówili, że byli pod wrażeniem jak w obcym języku mogę tak swobodnie przemawiać przed ludźmi przez całą godzinę lekcyjną ;)))

Po lekcjach udałam się na mój ostatni trening tenisa. Dla mojej grupy sezon jest zakończony. Nie żałuję, że zapisałam się do drużyny ! Poznałam wielu świetnych ludzi, przypomniałam sobie jak się gra ;) Naprawdę szkoda, że to koniec.

z ostatnich zawodów
 Teraz skupiam się na sztuce teatralnej, w której jestem. Występujemy już za trzy tygodnie ;)))

czwartek, 26 kwietnia 2012

Wielki parking przed szkołą i prawo jazdy dla 15latków

Dopiero gdy wyjechałam do USA, doceniłam nasz polski system komunikacji miejskiej. Wielokrotnie wracam do momentów, gdy beztrosko szłam na przystanek autobusowy i mogłam dotrzeć do każdego miejsca w moim mieście. Nie było momentu, w którym stałam z rozłożonymi rękami, nie mając pojęcia jak dostanę się do domu koleżanki na drugim końcu miasta. Gdy nie miałam autobusu (co raczej nie zdarzało się zbyt często, może raz na kilka miesięcy) mogłam pojechać na rowerze albo zwyczajnie spacerować. Mimo że nie zdawałam sobie z tego sprawy, czułam się wolna, bo mogłam dotrzeć gdziekolwiek chciałam. 

Wyobraźcie sobie mój szok, kiedy w po przyjeździe do USA, odebrano mi to wszystko. Nie było ani autobusów miejskich (jedynie szkolne school busy, które jeżdżą dwa razy na dzień - z i do szkoły), odległości pomiędzy miejscami nie liczy się w metrach czy calach a w kilometrach i milach (zwyczajnie nie da się chodzić na piechotę) oraz 15latki mają prawo jazdy i zaznają tej samej swobody poruszania się po mieście, gdy ja po prostu nie mogę. Długo zajęło mi przyzwyczajanie się do takich zmian i nawet teraz skrycie tęsknię za czekaniem na mroźnym i wietrznym przystanku autobusowym w zimowe popołudnie.

Jak dla mnie brak komunikacji miejskiej w małych miasteczkach (jak Kalispell) i słaba organizacja tych w większych miastach to jeden z największych minusów w Stanach. Przecież oni też muszą się jakoś poruszać po mieście! - nasuwa się takie stwierdzenie, a na pytanie "jak?" jest prosta odpowiedź - w moim wieku dawno byłabym już kierowcą z ponad rocznym doświadczeniem.

Wiek, kiedy można zdawać na prawo jazdy różni się w zależności od stanu. Opiszę jak sprawa wygląda w Montanie, ponieważ to właśnie w tym stanie mieszkam. Żeby dostać pełne prawo jazdy, trzeba przejść kurs - Drivers Ed. Jest to miesięczna szkoła dla nastoletnich kierowców. Budynek znajduje się zaraz przy szkole  i przyszli kierowcy chodzą na zajęcia codziennie po szkole (trwające około 2h) przez około miesiąc. Uczą się tam zasad, wszystkich przepisów drogowych, a także dwa razy w tygodniu ćwiczą jazdę. By zapisać się do Drivers Ed wystarczy mieć skończone 14 i pół roku.

Po ukończeniu kursu (który z czego się nie mylę kosztuje około 300 dolarów) i zdaniu wszystkich testów dostaje się tzw. permit licence. Z tego co słyszałam to zdanie testów jest naprawdę bardzo proste i prawie wszyscy zdają. Są oczywiście wyjątki, które muszę powtarzać szkółkę dla kierowców, ale nie zdarza się to zbyt często (wielka różnica w porównaniu w Polską). Permit Licence to tymczasowe prawo jazdy. Jego posiadanie uprawnia do jazdy z rodzicem/prawnym opiekunem. Służy to do tego, by ćwiczyć jazdę pod okiem dorosłego. Zalecane jest 50h dodatkowej jazdy na permit licence. Jednak jeśli rodzic wyrazi zgodę na to, by dziecko jeździło już w wieku 14,5 lat, można bezproblemowo otrzymać pełne prawo jazdy. Montana to przykład stanu, w którym potrzeba mieć niecałe 15 lat by legalnie prowadzić samochód.

Z tego powodu będąc w 1 klasie liceum (14-15 latkowie) uczniowie już mogą prowadzić. Patrząc na to, że high school to aż cztery lata szkoły, widać, że ilość uczniów prowadzących samochód jest ogromna. Wiadomo nie wszyscy posiadają jednak samochód. Parkingi przed liceami są dość duże, im nowsza szkoła, tym większy parking jest projektowany.


Inną kwestią jest ogromna ilość samochodów, które posiadają rodziny w Montanie. Warty uwagi jest fakt, że większość aut to nie małe, zgrabne samochody, ale wielkie "pickupy", nazywane tutaj "trucks". Ponadto w Montanie samochody nie muszą mieć corocznych przeglądów samochodowych, jednym słowem właściciel sam ocenia, czy da się jeździć czy jednak nie. Większość rodzin ma kilka samochodów - moja ma 4 samochody i z pewnością nie są sami w takiej liczbie.

szkolny parking


Możecie zastanawiać się, skąd nastolatki mają pieniądze na samochód. Tak jak już wspominałam w innej notce, większość pracuje. Część kosztów pokrywają oczywiście rodzice. Co do pracy, to większość zatrudniona jest popołudniami w restauracjach, kinie, fast foodach itp. Dostałam ciekawe pytanie dotyczące możliwości pracy jako osoba z wymiany. Niestety nie jest to możliwe, ponieważ nie można być zatrudnionym gdzieś na stałe. Oznacza to, że można zarobić coś jako opiekunka do dzieci dla znajomych rodziców, skoszenie trawnika dla sąsiadów etc. Niestety takie okazje nie zdarzają się prawie wcale.
Pozdrowienia :)

niedziela, 22 kwietnia 2012

Przepis na moje ulubione amerykańskie ciasteczka - oatmeal cookies

Już jakiś czas temu opisałam moje ulubione potrawy. Na tej liście umieściłam moje ulubione amerykańskie ciasteczka czyli OATMEAL COOKIES. Dzisiaj pokażę Wam jak je przygotować, ponieważ niedawno miałam okazję piec je na nasz wyjazd z drużyną tenisową. Tutaj jest zwyczaj, że gdy jedziesz gdzieś na zawody, wiele osób bierze ze sobą ciasteczka, przekąski dla całej drużyny.

Dużo czasu zajęło mi wybranie jaki rodzaj ciasteczek upiekę. Amerykanie mają ich mnóstwo. Najbardziej popularne to chocolate chip cookies (z kawałkami czekolady), oatmeal (z płatkami owsianymi, dokładne tłumaczenie - owsianka), peanut butter (z masłem orzechowym), sneakerdoodles (zwykłe, okrągłe cukrowe) i kilkanaście innych rodzai. Po przemyśleniu postanowiłam przygotować te owsiane. Zrobiłam kilka zdjęć i krok po kroku pokażę Wam jak przygotować amerykańskie ciasteczka (nawet w Polsce). Uwaga .... zaczynamy !

Potrzebne składniki:
  • 250g masła lub margaryny (dobrze sprawdzi się na przykład Kasia do pieczenia)
  • szklanka brązowego cukru
  • pół szklanki białego cukru
  • łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 2 jajka
  • 2 i pół szklanki mąki
  • łyżeczka sody
  • łyżeczka cynamonu
  • 3 szklanki płatków owsianych (oatmeal)
  • szklanka rodzynek


Nie wiem jak wygląda dostępność owsianych płatków w Polsce, myślę, ze spokojnie można dostać. Zamiast rodzynek można dodać małe kawałki czekolady, suszoną żurawinę albo po prostu ominąć ten składnik i zajadać się ciasteczkami bez dodatków. Gdy już mamy gotowe składniki możemy rozpocząć ich mieszanie.

1. W misce, używając miksera wymieszaj masło (w temperaturze pokojowej) i oba rodzaje cukru. Ubijaj aż do momentu kiedy masa będzie puszysta i miękka.


 2. Następnie dodaj dwa jajka i ekstrakt z wanilii. Miksuj.

3. Wymieszaj mąkę, cynamon i sodę w oddzielnej misce i dodaj do miski z resztą składników. Cały czas miksuj.



4. Gdy masa będzie jednolita, dodaj płatki owsiane a na sam koniec rodzynki.
Tak powinno wyglądać zmieszane całkowicie ciasto.

5. Włóż ciasto do lodówki (można użyć zamrażarki by przyspieszyć proces, wtedy zajmie to około 20 minut) na około 1 godzinę. Ten krok bardzo ułatwia późniejsze pieczenie ciasteczek.

6. Gdy ciasto schłodzi się i stwardnieje, formujemy kuleczki (najłatwiej użyć łyżki do lodów) i kładziemy w kilkucentymetrowych odstępach na blaszce (nie wykładamy jej ani papierem, ani nie smarujemy masłem).



Jeżeli ciasto jest bardzo twarde możemy lekko przygnieść je palcami dla lepszego kształtu. Najczęściej ten krok nie jest wymagany.


7. Do nagrzanego piekarnika (180 stopni) wkładamy blaszkę ciasteczek na około 10-12 minut. Pieczemy do momentu kiedy będą lekko złotawe. Wykładamy z piekarnika, czekamy kilka minut by wystygły i przekładamy na talerz. Powtarzamy krok, aż upieczemy wszystkie ciasteczka. Z tego przepisu jest ich dość sporo - około 30-40.



Ciasteczka owsiane są naprawdę pyszne i z pewnością Wam zasmakuję. Dajcie znać czy macie ochotę na inne amerykańskie pyszności.

czwartek, 19 kwietnia 2012

Talent show, tennis i spóźniona Wielkanoc

Ostatnio dodałam sporo notek o kulturze w Stanach, szkole i wielu innych ciekawych obserwacjach dotyczących pobytu w USA. Zorientowałam się, że dawno nie pisałam co tak naprawdę dzieje się w moim codziennym życiu. 

Jak wiele z Was mogło wywnioskować z moich poprzednich notek, jestem w szkolnej drużynie tenisa. Mimo że nie gram świetnie to cieszę się, że mogę uczęszczać na treningi i po prostu grać. Treningi odbywają się codziennie po szkole (oprócz czwartków, który jest naszym dniem wolnym). Z tego powodu jestem ostatnio bardzo zabiegana i staram się dzielnie godzić szkołę, tenis, sztukę teatralną, pisanie bloga, występowanie w talent show i parę innych rzeczy, które ostatnio nakładają się na siebie. Myślę, że jak na razie wychodzi mi to dość dobrze :)))

W sobotę odbył się mój pierwszy mecz tenisa. Grałam tylko jeden mecz. Moim partnerem na ten dzień była Deana. Nigdy ze sobą wcześniej nie grałyśmy, więc na początku nie było łatwo się zgrać, ale z każdą kolejną minutą radziłyśmy sobie tylko lepiej. Grałyśmy przeciwko szkole z Missouli (która ma naprawdę świetną drużynę tenisa). Niestety przegrałyśmy, ale było mnóstwo zabawy ! :)))

Niedziela również obfitowała w nowe doświadczenia. To dlatego, że po raz pierwszy (po angielsku) czytałam Pismo Święte na niedzielnej mszy w Kościele. Towarzyszyła mi Lilly - ona przeczytała pierwsze czytanie, ja drugie. Jakiś czas temu zgłosiłam się do czytania w Kościele, ponieważ lubię występować przed dużą grupą ludzi i chciałam doświadczyć czegoś nowego, tym bardziej po angielsku ;)). Gdy nadeszła niedziela byłam trochę zestresowana, że wypowiem jakieś słowo źle albo najzwyczajniej w świecie będę brzmiała dziwnie. Nie było się o co martwić ! Zdarzyła mi się jednak śmieszna wpadka. Podałam proboszczowi odwróconą do góry nogami Biblię a także o mało co zapomniałam kiedy mam wyjść. Na szczęście chyba nikt nie zauważył a samo czytanie poszło jak bułka z masłem. Było super ! Nawet nie domyślacie się jaka byłam zadowolona z siebie, że przeczytałam ten krótki fragment Biblii przed całą parafią w obcym mi kraju i obcym języku ;)

Po południu tego dnia postanowiliśmy całą rodziną świętować Wielkanoc. Niestety nie mogliśmy tego zrobić tydzień wcześniej, ponieważ Lilly, host tata i ja byliśmy w Oregonie. Tym razem zjedliśmy wspólny świąteczny amerykański obiad - szynkę i cheesy potatoes, czyli ziemniaki zapiekane z serem. Deser był jednak polski. Po raz pierwszy w życiu upiekłam babkę drożdżową. Oczywiście nie dorównywała w smaku tej przygotowanej przed babcie na wielkanocnym stole, ale mojej nie można było niczego zarzucić. Do tego otworzyliśmy polski słodycze przesłane już jakiś czas temu przez moją rodzinkę z Polski. Poza babką zajadaliśmy się krówkami, pierniczkami toruńskimi czy grześkami. Moi host bracia - szczególnie Toby był zachwycony krówkami. Po zjedzeniu kilku w krótkim czasie z wielkim uśmiechem na twarzy zapytał mnie: "Ola, a jak ja będę miał urodziny, to wysłałabyś mi krówki z Polski?" ;)) Reszcie rodzinki też wszystko smakowało :))

Polski koszyk z pysznościami

Tommy i ja
Poniedziałek przyniósł koniec słodkiego weekendowego lenistwa i mnóstwo pracy ! Po szkole miałam próbę do talent show (i oczywiście tenis). Dopasowywanie świateł, mikrofonów, śpiewanie etc - mogłabym robić to kilka godzin. W audytorium zebrali się występujący uczniowie. Było nas dość sporo. Wtorek to czas na właściwy występ. Zebraliśmy się za kulisami na pół godziny przed samym show. W samym talent show brało udział pewnie około 25 osób (jeśli nie więcej). Niektórzy występowali w grupach, inni tak jak ja dzielnie stali sami na scenie. Można było oglądać różne talenty - począwszy od śpiewania, tańczenia po stepowanie nauczycielek z naszej szkoły. Całe show prowadziła dwójka moich znajomych - Jake i Jesse. Byli naprawdę śmieszni, zapowiadali każdego po kolei i zabawiali publiczność w momentach nieręcznej ciszy, gdy zmieniano instrumenty czy dopasowywano mikrofony. Ja występowałam jako szósta osoba. Wyszłam na scenę, nie widziałam niczego, a wszystko przez mnóstwo świateł skoncentrowanych tylko na mnie. Powiedziałam parę słów do publiczności i zaczęłam śpiewać jedną z moim oryginalnych piosenek o tytule "Out of your sight". Na scenie czułam się idealnie i smutno mi było kończyć. Gdy usłyszałam falę oklasków z kierunku publiczności pomyślałam - 'warto było!'. Potem oglądałam już występy innych licealistów. Niektórzy byli naprawdę świetni !

 We wtorek w szkole na korytarzach zahaczało mnie mnóstwo osób z gratulacjami występu. Sprawiło to, że mój dzień stał się jednym z najlepszych w ostatnim czasie. Po lekcjach miałam dwugodzinną próbę do sztuki teatralnej, którą prezentujemy w maju ! ;))


Widok z ogrodu, wiosennie

Twinkie, nasz kucyk
Jak widzicie, mój codzienny plan jest bardzo napięty i nie ma dnia, w którym wracałabym do domu od razu po szkole. Mimo wszystko jestem strasznie szczęśliwa. Zawszę znajdę też chwilkę, żeby do Was napisać, nawet jeśli ma to oznaczać ominięcie nowego odcinka Plotkary w telewizji. ;))

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Wybieranie przedmiotów w szkole - refleksje po prawie całym roku

Ostatnio otrzymałam propozycję by opisać proces wybierania przedmiotów. Wypowiadałam się na ten temat na samym początku pobytu w Stanach, ale w tym momencie z niewielką ilością dni, które pozostały mi w USA, z pewnością mam więcej wiedzy i doświadczenia w tym temacie. 

Sam proces wybierania przedmiotów i listy tych obowiązkowych zależy od szkoły. To samo jest z klasą, do której się trafi. W moim liceum każdy uczeń z wymiany umieszczany jest w klasie 11, czyli roczniku junior, bez względu na to, czy ma się 15 czy 18 lat. Przedmioty wymagane w mojej szkole to 
  • historia USA, 
  • jeden semestr literatury Twojego wyboru ( ja miałam sztuki teatralne, ale było mnóstwo opcji np. literatura amerykańska, świata, dziecięca itp. do wyboru do koloru ), 
  • jeden semestr kompozycji tekstów literackich, czyli klasa gdzie uczy się pisać eseje
  • klasa przedmiotu z kategorii ścisłych, czyli chemia, fizyka, biologia, ale również nauki kryminalne (forensics science, geologia i kilka innych ...)
  • dodatkowo moja organizacji wymagała matematyki
Każda szkoła i organizacja ma inne wymagania. Niektórzy muszą wziąć dodatkowo WF czy politykę USA. Jadąc do Stanów trzeba na pewno spodziewać się historii USA albo polityki, klasy angielskiego (literatury czy pisania).

Moje najlepsze wybory i miłe przedmiotowe niespodzianki:
  • Biologia na poziomie rozszerzonej matury
    Jak dla mnie najlepsza klasa pod słońcem. Sprawiła, że pokochałam biologię, a szczególnie doświadczenia. Nigdy wcześniej nie byłam aż taką wielką fanką tej dziedziny. Polska biologia kojarzyła mi się z wykuwaniem definicji na pamięć, oglądaniem przestarzałych filmów i braku jakichkolwiek doświadczeń. W USA miałam okazję robić sekcję świni i serca owcy oraz kilkanaście innych ciekawych doświadczeń. Mimo że niejednokrotnie spędziłam kilka godzin ucząc się to sprawdzianów i musiałam zapamiętać mnóstwo pojęć, było warto. Ponadto miałam okazję wyjechać nad Pacyfik z właśnie tą klasą. Każdego kto wyjeżdża do Stanów polecam wybranie jakiegoś ścisłego przedmiotu, by przeprowadzić wszystkie ciekawe doświadczenie. Może tak jak ja zmienicie zdanie i odkryjecie ciekawszą stronę danej dziedziny.
  • Aktorstwo
    Klasa, której na początku nie chciałam, ale po braniu udziału w sztuce teatralnej, pobiegłam zmienić zdanie i jakoś 'wcisnąć' ją do mojego napiętego planu. Obecnie aktorstwo mam codziennie i przygotowujemy sztukę (w zasadzie 2 różne sztuki połączone, jedna to zbiór scen z Szekspira a druga to komedia). Jest śmiesznie i bardzo ciekawie. Zawsze można pośmiać się i powygłupiać. Warto w planie zajęć mieć taki odpoczynek od poważnych przedmiotów.
  • Gitara
    Wybrałam tą klasę całkiem przypadkiem, ponieważ nie było miejsc w klasie gotowania. Miałam niesamowitą niespodziankę jak ciekawie wszystko wyglądało. Uczymy się nut (dla mnie wcześniej była to czarna magia) a także gramy popowe piosenki, nawet te, które na co dzień słychać w radio. Nauczyciel jest bardzo miły i pomocny. Gitara jest cudowna. Warto wybrać sobie właśnie chociaż jeden w tego typu przedmiotu (na przykład instrument, gotowanie, aktorstwo, rzeźbienie etc), bo w Polsce nie mamy okazji uczyć się tego w liceum, a będziemy mieli jeszcze czas na kolejne godziny historii czy fizyki. Mimo wszystko nie warto mieć więcej niż dwóch takich klas, bo jednak trzeba się uczyć a nie obijać by nie mieć wielkich zaległości w Polsce.
Obojętne mi przedmioty:
  • Francuski
    Jestem zadowolona z wyboru tego języku. Od małego dziecka po wizycie w Paryżu jako drugoklasistka, chciałam uczyć się właśnie tego języka. Zawiedziona uczyłam się słówek po niemiecku w gimnazjum, ponieważ moja szkoła nie oferowała innych języków. Mimo iż w samym języku jestem zakochana, to poziom uczenia w USA jest trochę niski. Szczególnie irytuje mnie to, jak wolno wszystko robimy i ile czasu spędzamy na małych rzeczach, nie mamy wcale prac domowych ani nie musimy uczyć się słówek w domu, tylko tyle co w szkole.
  • Historia USA
    Przedmiot nawet lubię, ale najbardziej zasmuca mnie fakt, że jestem chyba najlepsza w tej klasie na 30 osób, z którymi mam lekcję. Mimo że nie jestem z USA, to czasem mam lepsze spojrzenie na niektóre sprawy dotyczące ich historii, a w szczególności historii świata. Czasem brakuje mi wiedzy, którą oni mają wtłaczaną do głowy od maleńkiego, ale wystarczy odrabianie prac domowych i systematyczność by wszystko nadrobić. Jest śmiesznie gdy jedyna w klasie wiem, kiedy rozpoczęła się II Wojna Światowa albo parę innych faktów z historii świata.
  • Kompozycja tekstów literackich
    Od razu przyznam, że pisanie esejów i pięciostronowych wypracowań nie jest dla mnie łatwe, nawet teraz. Klasa jest jednak łatwa, nauczycielka świetna (zaraz po studiach, strasznie na luzie podchodzi do rzeczy). Na pewno moje umiejętności pisania poprawiły się, ale moje prace nadal nie są idealne.
Wielkie niewypały, czyli szkoda, ze wybrałam:
  • Algebra 2 i trygonometria
    Wielu może dziwić, że uważam to za niewypał, gdyż zawsze lubiłam matematykę. Niestety całe pierwsze półrocze było dla mnie straszną nudą, ponieważ przerabiałam wszystko co było w Polsce. Dopiero teraz, pod sam koniec uczę się nowych rzeczy. Mimo wszystko mogłam wziąć Pre- Calculus, czyli wyższy poziom i nie zmarnować semestru na powtórki. Polecam przejrzeć podręcznik po wybraniu poziomu, by przekonać się co się umie a co nie i nie bać się wybrać czegoś trudniejszego, amerykańska szkoła jest naprawdę prosta. 
  • Chemia
    Cały pierwszy semestr powtórzyłam sobie gimnazjum (nawet nie całe bo nie dobrnęliśmy do chemii organicznej). Jedynym plusem były doświadczenia, ale na pewno miałabym więcej wrażeń gdybym wzięła albo rozszerzony poziom albo coś innego. Naprawdę warto brać rozszerzone przedmioty jak moja biologia, bo inaczej jest aż zbyt prosto.
Podsumowując, moje wybory uważam za dość udane. Zobaczymy jak to wszystko odbije się na mojej wiedzy w porównaniu z polskim liceum. Nigdy nie wiadomo, okaże się we wrześniu dopiero, ale jestem pozytywnej myśli, że za wiele nie straciłam. Każdemu kto  wyjeżdża do stanów polecam: PRZEDMIOTY ROZSZERZONE oraz skorzystanie z okazji klas takich jak gotowanie, aktorstwo, gitara itp. Mam nadzieję, że wpis pomógł tym wyjeżdżającym oraz był ciekawy dla reszty czytelników.


sobota, 14 kwietnia 2012

Widoki zza okna, czyli okolica domu i pokój

Nawet nie macie pojęcia jaką radość sprawia mi gdy pod moimi postami na blogu, znajduje komentarze z nowymi propozycjami na notki. Za każdym razem mam uśmiech na twarzy i niesamowicie się cieszę, ponieważ mam wrażenie, że czytają to inne osoby, a nie piszę tylko sama do siebie. Może brzmi to śmiesznie, ale to prawda. Pod jednym z moim wpisów otrzymałam fajną propozycje by opisać moją okolicę i pokój.

Jeśli czytaliście moje wcześniejsze notki, szczególnie te z lutego, wiecie, że zmieniłam host rodzinę. Wcześniej mieszkałam dalej od szkoły, przy lesie i miało się wrażenie, że do sąsiadów jest strasznie daleko, nawet jeśli szło się tylko 5 minut. We wrześniu 2011 dodałam wpis o pokoju i okolicy, więc jeśli jesteście zainteresowani moim wcześniejszym domem, zapraszam do cofnięcia się troszeczkę w czasie na moim blogu, a na pewno wszystko znajdziecie. 

Moja nowa rodzinka mieszka w zupełnie innej części miasta, zdecydowanie bliżej. Do szkoły mam około 10 minut jazdy samochodem rano - około 4 km, co na warunki i ułożenie miasta w Montanie jest naprawdę blisko. Możemy wyjeżdżać do szkoły kilka minut przed ósmą, nawet jeśli lekcje rozpoczynają się o 8.15. Mimo że nie jest daleko, to zabudowanie wygląda zupełnie inaczej niż w Polsce. Tutaj jest bardzo dużo otwartej przestrzeni. Nasz "backyard" jak amerykanie nazywają ogród jest naprawdę ogromny w porównaniu z moim domkiem w Kaliszu.

Z naszych okien można podziwiać góry i całe miasta. Pamiętam kiedy pierwszy raz byłam w tym domu na urodzinach Lilly w grudniu (kiedy jeszcze mieszkałam w starej rodzince i nie miałam zielonego pojęcia, że niecałe 2 miesiące później będzie to mój nowy dom), był wieczór i wyjrzałam za okno, widać było setki świateł i całe miasto. W połączeniu z górami w tle, patrzyłam ze zdumieniem. Teraz mam okazje widzieć to codziennie, więc nie jest to taka wielka atrakcja.

W naszym ogrodzie mamy kucyka - "Twinkie". Moja rodzina jest zafascynowana jazdą konną, szczególnie host mama i Eliza, czyli młodsza o pół roku ode mnie host siostra. Wszyscy poza host tatą jeżdżą konno. W pobliskiej stajni mają pięć koni ;))

Niedaleko naszego domu (około 15 minut spacerkiem) jest jezioro Foyes Lake oraz osiedlowe korty tenisowe. Gdy tylko za oknem świeci słońce moje host rodzeństwo i ja chwytamy rakiety i gramy w tenisa aż do momentu gdy zrobi się ciemno.

Foyes Lake, widok z naszej ulicy
 Nasz dom jest naprawdę duży, szczególnie salon, ale na wielkość mojego pokoju nie mogę wcale narzekać. Pokój w dzień dzielę z host siostrą Lilly. Napisałam "w dzień", ponieważ mieści się tu jedno łóżko, na którym śpię, a Lilly śpi w innym pokoju. 

W samym pokoju nie spędzam dużo czasu z powodu ilości zajęć po szkole (w szczególności tenis) oraz tego, że najczęściej wszyscy wspólnie jesteśmy w salonie.

To chyba tyle o mojej okolicy i pokoju. Już niedługo kolejny wpisy z listy Waszych propozycji. 
Buziaki !

środa, 11 kwietnia 2012

Szkolna wycieczka nad Pacyfikiem - Newport Oregon

Urokiem wielkości Stanów Zjednoczonych jest ilość miejsc, które można zwiedzić nie wyjeżdżając poza granice kraju. Od jednego do drugiego oceanu, pustyń po chłodniejszą północ. W trakcie mojego roku w USA miałam cudowną okazję wyjechania na szkolną wycieczkę z klasą biologiczną do miasta Newport w stanie Oregon nad Pacyfikiem. Miejsce to jest słynne z ciekawych plaż, wielu organizmów oceanicznych i świetnego oceanarium. Miałam okazję zobaczyć wszystko z powyżej wymienionych i z chęcią zabiorę Was na małą wirtualną podróż we wspomnieniach z wyjazdu. Uwaga ... zaczynamy ! :))

Wyjechaliśmy w piątek o godzinie 12 po trzeciej godzinie lekcyjnej. Całe 80 osób zaczęło zbierać się w szkolnej kafeterii z mnóstwem bagaży. Widać było niezliczoną ilość par kaloszy, kurtek przeciwdeszczowych i śpiworów. Oregon słynny jest z deszczowej pogody, dlatego każdy był przygotowany na najgorsze. Pierwsze co mnie bardzo zdziwiło, to jak bardzo nauczyciele sprawdzali nasze bagaże. Na początku trzeba było wyjąć wszystkie napoje i sprawdzano czy nie mamy alkoholu. Następnie każdy po kolei otwierał walizkę na mały przegląd. Bardzo mnie to zdziwiło, ponieważ w Polsce nigdy o takich procedurach szkolnych nie słyszałam. Gdy już wszyscy zapakowaliśmy nasze bagaże i wybraliśmy miejsca w jednym z dwóch autobusów, w końcu rozpoczęliśmy naszą podróż. Około 10 godzin minęło mi szybko, siedziałam z moją host siostrą Lilly, przeczytałam kolejną 500-stronową książkę i głównie słuchałam muzyki. Około 17 opiekunowie zamówili pizzę, którą jedliśmy w autobusie. Kolejną rzeczą, która różni się od Polski jest to, że płacąc za wycieczkę nie musisz już ponosić żadnych kosztów, nawet jak zatrzymaliśmy się w McDonald w drodze powrotnej każdy miał limit 8 dolarów na zamówienie. Tak przy okazji, McFlurry  w stanach nie ma polewy i jest o wiele gorsze !! :(

Spędziliśmy jedną noc w hotelu i już następnego dnia o 7 rano byliśmy gotowi na drugą część podróży autobusem do Newsport Oregon. Gdy tylko zajechaliśmy na miejsce, otrzymaliśmy pakiety z zadaniami, doświadczeniami i obliczeniami do wykonania podczas pobytu. Wszystko było oceniane i zebrane przed wejściem do autobusu w drodze powrotnej. Dla mnie był to wielki szok, ponieważ w Polsce nigdy się z tym nie spotkałam. Wyjazdy nie równały się z pracą szkolną, a z wypoczynkiem. Tutaj uczniowie są przyzwyczajeni do czegoś zupełnie innego.

Nasze pierwsze doświadczenie w grupach to quadrat sampling (liczenie zmian w ekosystemie na podstawie traw) i mały spacer (na którym teoretycznie musieliśmy pisać notatki, ale ja i kilka innych osób poszło na łatwiznę i po prostu fajnie spędziliśmy czas, a pod koniec dnia pożyczyliśmy zeszyty od innych by wykonać małe "kopiuj i wklej"). Spacer był interesujący tylko gdy nie trzeba było zwracać uwagi kiedy najmniej lubiana nauczycielka (dobrze, że nie mam z nią lekcji) zaprzeczała sama sobie i  opowiadała o roślinach. Po spacerze, mieliśmy łapać kraby na plaży, ale źle nam szło i moja grupa zaczęła budować zamki z piasku. Nawet kilku opiekunów, którzy nie wzięli tego wszystkiego tak na poważnie, dołączyli się do nas.




Wieczorem dostaliśmy klucze do naszych domków, które bardziej przypominały namioty. W moim były Lilly, Briana, Jenna i ja. Nie obyło się bez małej wpadki z grzejnikiem powietrza i potem nie mogłyśmy spać w nocy, bo było za gorąco. W samym domku spędzaliśmy naprawdę niewiele czasu.




Następnego dnia trzeba było wstać o 5.30. Było to niedziela, czyli Wielkanoc. Niestety nie obchodziliśmy tego święta. Wybraliśmy się nad Ocean by badać ameby, kraby i tego typu morskie stworzonka. Wszyscy dzielnie maszerowali w kurtkach przeciwdeszczowych i kaloszach około szóstej rano by tylko zdążyć na odpływ i zobaczyć jak najwięcej. Spędziliśmy w tamtym miejscu pół dnia - było CUDOWNIE !!







moja grupa - B
Po powrocie i lunchu, moja grupa miała za zadanie pracować nad tymi doświadczeniami, porządkować notatki, robić obliczenia. Kayla, Jake, Jesse, Forrest i ja (wszyscy z grupy B) postanowiliśmy wybrać się sami nad Ocean mimo zakazu chodzenia tam bez opiekunów. Stwierdziliśmy, że lepsze to niż obliczenia. Mieliśmy ponad trzy godziny czasu wolnego. Część spędziliśmy w ośrodku rozmawiając i śmiejąc się a resztę na plaży budując krzyż (była Wielkanoc) i podziwianiu widoków. Na plaży dołączyło do nas więcej osób, nawet opiekunowie nie mieli nic przeciwko później. Inne grupy dzielnie pracowały i były złe, że my 'obijaliśmy' się na plaży. :)






Wszyscy wybraliśmy się do pobliskiej restauracji na obiad (tym razem limit 15 dolarów). Poniedziałek to czas wyjazdu, ale również kilku ostatnich doświadczeń i wizyty w oceanarium (tutaj nazywanym aquarium). Było to naprawdę interesujące doświadczenie. Przechodzenie w tunelu ze złudzeniem, że zaatakują Cię rekiny pływające wokół albo oglądanie innych zwierząt morskich. Niestety znowu dostaliśmy pakiet z czterema stronami pytań podczas zwiedzania, ale wtedy nie była już to dla mnie nowość.







Cała wycieczka

Nagrałam mały filmik z oceanarium !!


czwartek, 5 kwietnia 2012

Wesołego Jajka :)

Jak pisałam w ostatniej notce, w piątek o godzinie 12 wyjeżdżam na szkolną wycieczkę do miasteczka Newport w stanie Oregon. Wracam we wtorek. Czeka mnie kilka naprawdę interesujących doświadczeń a przede wszystkim Pacyfik. 

Niestety ominę całe święta wielkanocne, moją host siostrę i tatę również. Mimo wszystko podjęliśmy z moją rodzinkę decyzję, że symbolicznie będziemy obchodzić spóźnione święta w przyszły weekend. Jeden dzień będzie amerykański, czyli szukanie koszyków od zajączka, jedzenie pieczonej szynki i "ich" słodkości, a drugi dzień będzie polski. Planujemy mix wielu tradycji w jeden dzień, począwszy od kilku prostych wielkanocnych potraw przy śniadaniu po szalonego śmigusa dyngusa (moje rodzeństwo jest strasznie podekscytowane, jak Tommy powiedział : "Każda okazja na bitwę wodną jest super, ja też chcę to w Stanach"). Szykuję się do upieczenia mazurka i babki, zobaczymy jak mi wyjdzie. Ostatnio moje zdolności do gotowania polepszyły się drastycznie (szczególnie pieczenie). Jestem już chyba ekspertem od amerykańskich ciasteczek i czekoladowych brownies. Czekam na urodziny mojej host siostry w maju, żeby zmierzyć się z prawdziwym tortem i pieczeniem biszkoptów. Także polskie pierogi wychodzą mi za każdym razem lepiej. Chyba po powrocie do Polski moja rodzinka się zdziwi, czego się nauczyłam ;)) Troszeczkę odbiegłam od tematu tej notki, ale szczerze ... kto nie lubi ciastek i tortów ;)

Z okazji Świąt Wielkiej Nocy chciałabym życzyć moim wszystkim czytelnikom tego by z okazji tych kilku dni spędzonych ze swoją rodziną docenili to, że mogą spędzić je właśnie z bliskimi osobami, by nacieszyć się tymi kilkoma momentami, wspólną święconką i niedzielnym śniadaniem wielkanocnym i wszystkimi innymi polskimi tradycjami. Szczerze mówiąc to nigdy to tym tak nie myślałam, dopiero gdy wyjechałam z rodzinnego domu. Moje święta będą na pewno nowym doświadczeniem, bo będzie brakowało tej prawdziwej polskiej cząstki. Życzę Wam byście docenili to, że kolejny raz zjecie mnóstwo jajek i mazurka a następnego dnia polejecie się wodą mimo że na dworze nadal będzie pewnie zimno. Wesołego jajka !!

Ja te święta spędzę bez nich, czego mi bardzo będzie brakowało ! ;))

Moja nowa host rodzinka jest kochana. Z okazji tego, że wyjeżdżam na wycieczkę i nie będzie mnie w święta dostałam już dzisiaj prezent niespodziankę od zajączka, czyli słodkości popakowane na wyjazd i nie tylko. :)))


Do usłyszenia po świętach :)) Wracam do Was po świętach z mnóstwem zdjęć, przeżyć i nowych doświadczeń ;))
Buziaki :)

środa, 4 kwietnia 2012

Amerykańskie nastolatki - ubrania i tym podobne

W komentarzu pod moim postem o wyjeździe do stanu Oregon dostałam świetną propozycję na następny wpis. Amerykańskie nastolatki. Jest to szeroki i głęboki temat i z pewnością to, co opiszę nie będzie się odnosić do każdego, bo na pewno będę uogólniać. Mimo wszystko postanowiłam podzielić się moimi spostrzeżeniami. Jak od małego nam powtarzano "każdy jest inny", w tym momencie jest to całkowita prawda i czytając tę notkę nie chcę by ktoś zraził się do Amerykanów przez opisane różnice. Są to w wielu przypadkach wspaniali ludzie, a różnice kulturowe występują wszędzie. 

Zaczynamy ...

STYL UBIERANIA SIĘ

W mojej głowie zawsze miałam wszystkie niepisane zasady dotyczące tego jak powinniśmy się ubierać, szczególnie do szkoły. Byłam przyzwyczajona do tego, że zwraca się uwagę na to, co ma się na sobie. Przyjeżdżając do Ameryki przeżyłam mały szok, ponieważ amerykańskie nastolatki w większości nie dbają o to, co zakładają do szkoły. Codziennie na korytarzu mijam dziesiątku osób w spodniach dresowych, klapkach albo kapciach zamiast butów. Jest to standard i nikt się nie dziwi jeśli codziennie pokazujesz się publicznie w dresie. Oglądam to codziennie to sama nie potrafię przestawić się do takiego 'stylu' ubierania. Uważam, że do szkoły minimum to jeansy i t-shirt.

Jak dla mnie dziwnym faktem jest to (szczególnie dotyczy amerykańskich dziewczyn), że bardzo często chodzą do szkoły w dresie, ale makijaż i włosy mają idealnie ułożone.Widocznie każdy patrzy na wiele rzeczy inaczej. Oczywiście nie cała szkoła chce być wygodna i chodzi w dresie. Wiele osób ubiera się w moim odczuciu normalnie. Jedną ciekawostką (szczególnie dla dziewczyn, które to czytają), spodnie rurki wcale nie są tak popularne w USA, większość chodzi i dzwonach :))

SPOTYKANIE ZE ZNAJOMYMI

W Stanach każdy jest zaangażowany w jakieś szkolne zajęcia jak tenis, lekkoatletyka, football, teatr etc. Każdy ma napięty grafik dnia i nie ma czegoś takiego jak telefon do przyjaciółki "nie mam co robić, spotkajmy się z godzinę w mieście". Zamiast tego każdy myśli "Może spotkamy się w piątek za dwa tygodnie, bo nie ma wtedy treningu". Poza tym według mnie amerykanie są mili i sympatyczni ale z nikim tak bardzo się nie zaprzyjaźniasz. Ma się dużo znajomych, ale nie przyjaciół.

TELEFONY I SMSY

Dla wielu nastolatków w USA najważniejszą rzeczą są nielimitowane SMSy. Na początku sama wykupiłam sobie tę usługę, bo niedawno zrezygnowałam. Nigdy nie byłam nałogowym "texterem" jak to oni tutaj nazywają. Nie używam za bardzo telefonu, ale tym bardo różnie się od większości. Plusem jest to, że nie ma tu wyścigu kto ma lepszy telefon. Amerykanie nie rywalizują pod tym względem. Nikt się nie śmieje z telefonu, czy butów jakie masz. Jest to duża różnica porównując z większości polskich szkół, gdzie niestety jest to obecne. Tutaj nie ma oceniania, jeszcze nigdy nie słyszałam by ktoś skomentował czyjeś ubrania czy telefon.

Niestety występuje to w Polsce. Amerykanie również więcej sms-ują niż rozmawiają twarzą w twarz. Bardzo popularny jest Facebook, ale to chyba nie nowość :)

SAMOCHODY

W wieku 16 lat można zdawać egzamin na prawo jazdy, a w niektórych stanach (na przykład Montana) wystarczy mieć 15 lat, by legalnie prowadzić auto. Parking przed szkołą jest ogromny a mimo wszystko w okolicznych uliczkach pełno jest zaparkowanych uczniowskich samochodów. Każdy jeździ samochodem, nikt nie chodzi pieszo, bo odległości są za duże. Jeśli nie masz samochodu to nie jest ciekawie, bo ciężko jest poruszać się po mieście. 

PRACA I KIESZONKOWE

Większość amerykańskich nastolatków pracuje po szkole. Nawet jeśli jest to 4h tygodniowo to w ten sposób zarabiają na swoje kieszonkowe. Wiele fast foodów, sklepów, kin zatrudnia licealistów. Jest to wielka różnica w porównaniu z Polską, gdzie naprawdę rzadko zdarza się by ktoś w liceum pracował po szkole.

Wpadłam na pomysł o opisaniu notki o prawie jazdy w Stanach, na przykładzie Montany. Musiałabym pozbierać trochę informacji, ale jestem chętna zrobić to po świętach. Podoba Wam się pomysł ? Dajcie znać w komentarzach. Jestem otwarta na inne propozycje :))

A już niedługo opis okolicy, pokoju i relacja z wycieczki z klasą biologiczną, na którą wyjeżdżam w piątek do wtorku ;)) Znowu zniknę na kilka dni z bloga, ale wracam do pisania zaraz po przyjeździe :))
Buziaki :))

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Przesłuchania do talent show i Texaco Country Showdown

Wiele z Was na pewno wie, ale dla niektórych może to być zupełnie nowa informacja o mnie, moją pasją i największym hobby jest muzyka. Gram na gitarze, pianinie (trochę, ale daleko mi do bycia nawet dobrą) i śpiewam. Moja przygoda z muzyką zaczęła się pod koniec piątej klasy podstawówki, niedługo później zaczęłam namiętnie grać na gitarze, by w końcu półtora roku temu rozpocząć coś co jest chyba moim ulubionym zajęciem pod Słońcem - pisanie piosenek. Zawsze zafascynowana byłam jak można połączyć muzykę oraz słowa by przekazać jakąś wiadomość. Podczas pobytu w Stanach nie przestałam ani grać, ani pisać. 

Gdy tylko usłyszałam, że w moim amerykańskim liceum są przesłuchania do talent show, od razu zdecydowałam, że idę. Wybrałam jedną ze swoim piosenek i po szkole wzięłam udział w przesłuchaniach. Dwa dni później na szkolnej tablicy ogłoszeń wywieszono listę zakwalifikowanych. Gdy tylko znalazłam swoje imię, bardzo się ucieszyłam. Występuję 17 kwietnia - już nie mogę się doczekać :)

W sobotę 24 marca odbyły się również inne przesłuchania. Tym razem do konkursu Texaco Country Showdown. Jest to konkurs country, przesłuchania organizowało lokalne radio. Moje piosenki nie są country, ale mimo wszystko postanowiłam spróbować. 

O 10 rano byłam na miejscu przesłuchań by zapisać się i dostać numerek, kiedy występuję. Minęło około 1,5h i w końcu weszłam na scenę. Było cudownie, chwila rozmowy z prowadzącym o tym skąd jestem, braku country w Polsce i zaczęłam śpiewać swoją własną piosenkę "Little girl and you". Prawie cała rodzinka przyszła mnie oglądać, host siostry pogratulowały mi świetnego występu i dostałam od nich pyszną muffinkę. Bardzo miło z ich strony.




Oto filmik dodany przez stację radiową z moim występem :


Wyniki ogłoszono dzisiaj. Przechodziła najlepsza dwudziestka. Było bardzo dużo uczestników. Niestety nie udało mi się zakwalifikować. Mimo wszystko doświadczenie było świetne i nie żałuję, że spróbowałam. Jak dla mnie każda okazja do występu jest mile widziana, bo kocham śpiewać na scenie, tym bardziej swoje piosenki.

Piosenka z filmiku to "Little Girl and You" (by Aleksandra Leki)
© Copyright 2012
Tak dla jasności, w końcu to jest internet :)

Opiszę wszystko dokładnie o talent show po 17 kwietnia. Teraz mam dużo nowych notek na liście. Było sporo propozycji pod poprzednimi. Spodziewajcie się opisu mojej okolicy, gdzie mieszkam etc oraz notki o amerykańskich nastolatkach. 
Trzymajcie się
Buziaki :)

niedziela, 1 kwietnia 2012

Ostatni dzień wyjazdu - zakupy w Spokane

Przyzwyczajona już do małej ilości sklepów i ubogiej w sklepy galerii z wielkim uśmiechem na twarzy czekałam na ostatni dzień naszego wiosennego wyjazdu, czyli zakupów w 200 tysięcznym mieście w stanie Washington - Spokane. Zatrzymaliśmy się w hotelu z 24 godzinnym basenem i świetnymi bezpłatnymi automatami do kawy i gorącej czekolady - idealnie !

W czwartek rano wspólnie wybraliśmy się  do miejscowej galerii. Przypominała ona trochę te, które mamy w Polsce w większych miastach. Dwa piętra, mnóstwo sklepów począwszy od Forever 21 przez Macys, Hollister, American Eagle, Victoria Secret  po Journeys i oczywiście fast foody :)

Pierwszy sklep do jakiego weszłam to Forever 21. Coś jak nasz H&M - same młodzieżowe rzeczy. Spędziłam tam chyba ponad godzinę i wyszłam z mnóstwem wiosennych rzeczy.


Kolejny przystanek to Journeys. Kupiłam tam sobie conversy :) U mnie w Kalispell nie mogłam ich nigdzie dostać, więc w Spokane było to coś co musiałam kupić :)


Następne 2 godziny to zwiedzanie każdego sklepu po kolei. Nie znalazłam już dużo więcej rzeczy, ale zaopatrzyłam się w klapki Tommiego Hilfilgera (strasznie się ucieszyłam, gdy zobaczyłam je przecenione) oraz szorty do tenisa.

Po około czterech godzinach zakupów w końcu usiedliśmy by zjeść lunch ( w moim przypadku warzywna pita) i wypić owocowe smoothie. Niedługo później opuściliśmy galerię oraz Spokane by wrócić do Kalispell.