piątek, 30 marca 2012

Wiosenne wakacje - Oregon

Przerwa wiosenna teoretycznie rozpoczęła się wraz z ostatnim szkolnym dzwonkiem w piątek, ale jak dla mnie to prawdziwe wakacje przyszły w niedzielę, gdy wraz z moją host rodzinką wsiedliśmy do naszego mini vana - "frosty" i ruszyliśmy w kierunku zachodniego wybrzeża. Wcześnie rano zapakowaliśmy samochód i rozpoczęliśmy naszą podróż do stanu Oregon. Żeby nie nudziło nam się podczas długiej (około 9-10h) jazdy każdy zaopatrzył się w ipod i słuchawki oraz wspólne pudełko książek. Ja wybrałam tytuł, który chciałam przeczytać już od dłuższego czasu - Hunger Games czyli Igrzyska Śmierci. Pierwszą książkę pochłonęła tak szybko, że szybko chwyciłam po drugą część jeszcze w trakcie drogi. Podczas całej kilkudniowej wypraw przeczytałam wszystkie trzy części Hunger Games i jestem straszną fanką !! ;) 

Po kilku godzinach jazdy zatrzymaliśmy się w miasteczku Dalles, by spędzić noc i dojechać do wybrzeża z rana. Spacer wzdłuż rzeki i oglądanie Disney Channel - tak minęło nam popołudnie. W poniedziałek rano dojechaliśmy do Cannon Beach, czyli naszego docelowego miejsca. Ocean Pacyficzny był cudowny, woda zimna, ale odczucia zupełnie inne niż nad Bałtykiem. Wyjątkowo tego dnia było ciepło i słonecznie. Mimo wszystko nie była to pogoda na kąpanie się, szkoda.






Zapach słonej wody, słońce na niebie i dźwięki fal oceanu to niezapomniane przeżycie. Po lunchu Lilly, Eliza i ja wybrałyśmy się na mały spacer wzdłuż brzegu Pacyfiku. Przeszłyśmy około 6 mil i musiałyśmy wracać na obiad. Ponadto znacznie pogorszyła się pogoda i zaczęło padać.




Nagrałam krótki filmik :

video

Po obiedzie już tylko mała przechadzka po miasteczku, deser i powrót do hotelu. Co do hoteli to każdy dobry amerykański hotel posiada basen. Bez względu jak duży, to zawsze jest :))

We wtorek całą rodzinką pojechaliśmy do fabryki sera i lodów Tilamook. Kupiliśmy 2,5 galona lodów czekoladowych, kawowych i truskawkowych i jedliśmy je cały wieczór. Moi host bracia jedli lody nawet na śniadanie :))) Po zwiedzaniu fabryki odwiedziliśmy muzeum samolotów z czasów Drugiej Wojny Światowej.




Przed samym wyjazdem z Cannon Beach zahaczyliśmy o sklep z latawcami. Zobaczcie co znalazł Toby.


W drodze powrotnej przejeżdżając przez stolicę Oregon - Portland nie mogliśmy nie wejść do muzeum nowoczesnej nauki - coś takiego jak nasze Centrum Kopernika w Warszawie. Byliśmy tam niestety bardzo krótko, bo gonił nas czas, ale mimo wszystko interaktywne muzea jak to to wielka atrakcja. Wielki model ludzkiego ucha albo zielone ekrany to tylko mała cząstka atrakcji.






Niedługo później opuściliśmy stan Oregon by zatrzymać się na krótko w Washington na zakupy. Ale to opiszę już niedługo.
Buziaki :)

sobota, 24 marca 2012

Zwyczajny dzień z życia w USA

W komentarzu pod moja ostatnia notka przeczytałam propozycje, bym opisała mój najzwyklejszy dzień. Pomysł strasznie mi się spodobał i biorąc pod uwagę to ze w sobotę rozpoczęła się tygodniowa przerwa wiosenna, postanowiłam opisać mój piątek - 23 marca. :)

Piosenka "You belong with me" budzi mnie codziennie dokładnie o 6.30. Jednak będąc szczera to zwykle kilkakrotnie naciskam przycisk "drzemka" i staram się cieszyć każda minuta pod kołdrą aż do 7.00, kiedy tak naprawdę wstaje.

Kilka minut szykowania się, wybierania rzeczy i pakowania stroju na tennis i około 7.20 jestem w kuchni by przyszykować sobie śniadanie. Wszyscy są w strasznym biegu, wiec najczęściej jem płatki z mlekiem albo owsiankę. Jako jedyna w całym domu jem płatki z ciepłym mlekiem, co nadal dziwi moja rodzinkę. Kilka łyków herbaty i zabieram się za przygotowywanie swojego lunchu do szkoły. To co pakuje opisałam w ostatniej notce. Zabieram szkolna torbę, moje potrzebne segregatory, strój do tenisa i rakietę i około 7.50 jestem w samochodzie.

Do szkoły jeżdżę z moimi host siostrami - prowadzi ta starsza - Lilly. Dojazd zajmuje nam tylko kilka minut, wiec około 8 jesteśmy już w liceum. Moja pierwsza lekcja to francuski. Język podoba mi się strasznie, ale amerykański system uczenia nie do końca. Wszystkiego uczymy się bardzo wolno, grając w gry by utrwalić słówka. Czasami ma się wrażenie, że jest się w przedszkolu. Dzisiejsza produktywna lekcja to ... lepienie bałwana. W nocy spadło dość dużo śniegu, znowu jest zimno i można tylko marzyć o wiośnie.




bałwan mój i Siri

cała klasa French 1



Kolejne lekcje mijają szybko, aktorstwo, biologia, gitara jeszcze tylko test z algebry i lunch.  Sprawdzian niestety przedłużył się i mój lunch był krótszy, więc zdążyłam zjeść tylko banana i pogadać z paroma osobami.Po lunchu jeszcze tylko dwie lekcje i mam upragniony weekend. Od razu po dzwonku idę do sali muzycznej by zabrać swoją gitarę, mały przystanek przy szafce by zabrać książki i byłam gotowa na powrót do domu. Na szczęście rozpogodziło się po szkole, więc trening tenisa był o 17 na dworze. To, że nie zjadłam drugiego śniadania sprawiło, że przed tenisem zjadłam jogurt, by nie umrzeć z głodu.

Na samym treningu nie szło mi dobrze. Warunki pogodowe nie sprzyjały, bo zaczął padać śnieg a później deszcz, poza tym ochłodziło się. Po półtora godzinnej grze, wybrałyśmy się do kina, by obejrzeć film "October Baby". Niestety mimo, że miałyśmy darmowe przepustki, to nie było miejsc. Salę wypełniali oczekujący na premierę filmu "Hunger Games" (na który poszłam dzisiaj z Hetą - jestem fanką tego filmu i od jutra zaczynam czytać książki - już chcę wiedzieć co się wydarzy dalej). 

Wróciłyśmy do domu i oglądałyśmy telewizję, ja grałam na gitarze. Normalnie około 19 zabrałabym się do lekcji,a le my mamy przerwę wiosenną więc nie musiałam. 

Tak wyglądał mój najzwyklejszy amerykański dzień - nic szczególnego. W następnej notce opiszę o moim zakwalifikowaniu się do konkursu szkolnych talentów oraz dzisiejszych przesłuchaniach do konkursu Texaco Coutry Showdown - o wiele poważniejszego konkursu w Kalispell. Jutro rano wyjeżdżam z rodzinką do Oregon nad ocean na nasze wiosenne wakacje. Wracam w czwartek wieczorem z nowymi wrażeniami, zdjęciami, a co za tym idzie notkami :) 
Trzymajcie się,
miłego tygodnia !!

czwartek, 22 marca 2012

Lunche w szkole

Postanowiłam wrócić do tematu jedzenia i prawdopodobnie tym postem jak na razie zakończyć ten temat. Już niedługo skupię się na innym aspekcie amerykańskiej kultury, a w międzyczasie poinformuję Was co się u mnie dzieje, jak w ostatnim poście o promie :))

Jak już wcześniej wielokrotnie opisywałam, jednym z ważniejszych momentów w codziennym szkolnym dniu jest z pewnością lunch. W mojej szkole trwa on aż 40 minut i nawet trochę przypomina sceny z amerykańskich filmów. W stołówce, tzw. commons, jest mnóstwo okrągłych stolików, przy których siedzą uczniowie. Można zając którykolwiek jest wolny, raczej większość osób zmienia miejsca i nie przywiązuje się do stolików jak na filmach. Nie ma miejsc osób popularnych, footballistów, czy nerdów. 

Jedzenia do wyboru jest naprawdę dużo. Większość uczniów kupuję lunch i wyjątki takie jak ja przygotowuje go w domu. Są cztery różne rodzaje miejsce do wyboru. Pierwsze do "Arrowhead Pizza" i breadsticks. Miałam okazję spróbować szkolną pizzę raz, jest ona dobra, bez nie zachwycająca. O reszcie ciężko mi się wypowiadać, bo w szkole kupowałam lunch może 2 razy, gdy zapomniałam lunchu z domu. 

Kolejny rodzaj jedzenia to "Flathead Grill" czyli hamburgery, frytki, małe smażone ziemniaczki, chrilled cheese sandwiches (tosty z serem). Do tej części jest zawsze największa kolejka, większość osób uwielbia fast foody. Następne miejsce to nachos, makarony itp.  Szczerze mówiąc to z tego co słyszałam to niestety w smaku nie są za dobre. Ostatni wybór to sałatki. Chociaż jedno na cztery miejsca proponuje zdrowe jedzenie. ;))

Do każdego posiłku dodawane jest mleko 1% albo mleko czekoladowe oraz owoc. Cały lunch kosztuje około 3-4 $, w zależności co wybierasz. Ja jestem zwolenniczką szykowania sobie własnego lunchu i zasady 'wiem co jem'. Nauczyłam się już wstawać te 15 minut wcześniej by przyszykować sobie jedzenie. Na początku nie było łatwo, bo od małego byłam przyzwyczajona do tego, że kanapki miałam zawsze gotowe (co dopiero teraz zaczęłam bardzo doceniać). W tym momencie nawet sprawia mi przyjemność wybieranie tego co zjem później tego dnia.



W ostatnim czasie najczęściej przygotowuję sobie kanapkę z serem lub szynką, sałatą i pomidorem, jednym słowem nic specjalnego. Gdy mam troszeczkę więcej czasu, zamiast kanapki, zabieram ze sobą sałatkę - odkryłam swój ulubiony mix - sałata lodowa, liście szpinaku, pomidor, ser swiss w małych kosteczkach i caesar dressing ;))) Moje pozostałe wybory to najczęściej tortilla z sosem pomidorowym i serem albo PBJ, czyli kanapka z masłem orzechowym i dżemem. Tą ostatnią jem bardzo rzadko, może raz na dwa tygodnie. Zawsze mam ze sobą minimum jeden owoc na przegryzanie pomiędzy lekcjami. Podsumowując mój lunch zbytnio nie różni się od tego, który w Polsce jemy na przerwach. W przeciwieństwie do reszty wymieńców w mojej szkole, nie ciągnie mnie do fast foodów, nawet tych szkolnych. 

Szkolne napoje to jak już wspomniałam mleko, ale również sok pomarańczowy albo po prostu woda. Może zabrzmieć to dziwnie, ale tutaj nie pije się wody 'butelkowej', tylko z kranu, bądź water fountains (jak na filmach). Oprócz tego mamy dwa miejsca do wypełniania butelek. W zasadzie nikt nie ma plastikowych butelek, tylko większość ma butelki, które wypełnia się wodą, niczym prostsza wersja bidonu. Moja jest różowa i już nie wyobrażam sobie kupowania cały czas nowych jednorazowych butelek.

Mój najczęstszy lunch

Jedzenie i picie podczas lekcji jest jak najbardziej w porządku, nie można po prostu zbytnio hałasować i zwracać na siebie uwagę. To samo tyczy się gumy do żucia. Specjalnie zrobiłam zdjęcie opakowań, my też takie powinniśmy mieć !! ;)))

Po 40-minutowym lunchu, trzeba wracać na lekcje. W moim przypadku Composition i Historię USA ;)))

niedziela, 18 marca 2012

Prom w St. Patricks Day

W zeszłym tygodniu rozpoczął się sezon tenisowy. Od poniedziałku normalne treningi trwają 1,5 godziny i odbywają się codziennie po szkole. Moje dni zaczęły kręcić się wokół kortów tenisowych. Mimo tego, że ostatni raz grałam jako dziesięciolatek, to zaczynam sobie wszystko przypominać. Jestem w Junior Varsity, czyli nie w głównej reprezentacji szkoły, tylko słabszej grupie. Mimo wszystko jest cudownie ! Znam wiele osób w mojej grupie, a same treningi są przyjemne (mimo że nie takie łatwe). Gdy pada deszcz jesteśmy w sali i ćwiczymy kondycję, czyli biegamy, robimy pompki, brzuszki, podskoki w kółko bez przerwy przez prawie godzinę.

Ważniejszym wydarzeniem był prom, który odbył się wczoraj. Flathead High School organizowało prom, czyli coś jak nasza studniówka w St. Patrick's Day, czyli 17 marca. Nie było to takie wielkie wydarzenie jak jest zwykle, ponieważ dokładnie 3 tygodnie temu mieliśmy winter formal. Niefortunnie złożyło się, ze oba wydarzenia były tak blisko siebie.

Szczerze mówiąc to nie przeżywałam promu tak bardzo. Miałam przygotowaną krótką sukienkę, ale na sam bal poszłam w innej, pożyczonej od host siostry Federici. To właśnie u niej szykowałyśmy się na prom. Miałam na sobie śliczną, długą sukienkę. Nigdy nie byłam przekonana do tego stylu, ale teraz jestem fanką i mam ochotę nosić tylko długie sukienki by czuć się jak księżniczka.

Ja, Federica, Heta




Po przyszykowaniu się, zgodnie z amerykańską tradycją poszłyśmy do restauracji by zjeść obiad. W związku z hucznie obchodzonym St. Patrick's Day wszędzie było głośno i pełno ludzi. Już wtedy świetnie się bawiłyśmy, a sam prom nawet się nie rozpoczął.





Po obiedzie przed samym balem zamówiłyśmy jeszcze ogromne ciepłe ciastko z kawałkami czekolady i lodami - najlepsze na koniec :)) Potem już udałyśmy się na prom.

Po przekroczeniu progu szkoły i wejściu do głównej sali, byłam bardzo zaskoczona. Poprzednie bale były nijakie pod względem dekoracji, jednak tym razem było cudownie. W związku z tematem "Come sail away with me", czyli "Odpłyń ze mną", wszędzie wokół nas był kolor niebieski, z boku postawiono scenę statek,  a przed oczami migały światełka. Sufit był przystrojony białym materiałem, na którym odbijały się światła. 

Sama zabawa rozpoczęła się o 21, ale wszystko rozkręciło się po 22. Przyzwyczaiłam się już, że ich tańce, są bardziej jak dyskoteka a nie nasze bale, dlatego tym razem pod tym względem nic mnie już nie zaskoczyło. O 23 ukoronowano króla i królową balu, którą zostali Tess i George - seniorzy, których nie znam. Jeszcze godzinna zabawa i o północy było już po wszystkim. Kolejne ważne amerykańskie wydarzenie za mną. Mój prom był zdecydowanie udany :)) !!

piątek, 16 marca 2012

Fast foody - szybkie amerykańskie jedzenie

Jednym z aspektów amerykańskiego jedzenia są z pewnością fast foody. W ostatniej notce rozpisałam się o daniach i różnych słodkościach, tym razem przychodzi czas na jedzenie drive-thru, czyli zamów, odbierz i zjedz w 15 minut.

W każdym amerykańskim miasteczku, nawet jeśli ma ono 20,000 mieszkańców jest co najmniej kilkanaście fast foodów. Wszystkie są drive-thru, a niektóry nawet tylko funkcjonują w ten sposób. Dużo nastolatków, którzy mają samochody podczas lunchu jedzie do pobliskiego fast foodu i je tam lunch. Są one przede wszystkim tanie i szybkie. Pomyślałam, że warto opisać różne tego typu miejsca, w których miałam okazję być albo chociaż widzieć milion razy na ulicy. 

Zacznijmy od McDonalda. W Kalispell są trzy albo cztery różne McDonaldy. Jedzenie nie różni się wcale od tego, które możemy kupić w tym samym miejscu w Polsce. Nie jest ono ani lepsze, ani gorsze - dosłownie takie samo. Jedyną rzeczą, którą bardzo lubię, a my nie mamy jej w naszym McDonaldowym menu to yoghurt parfait, czyli jogurt z owocami i płatkami owsianymi. 

Kolejne bardzo popularne miejsce to Wendy's. Porównując z McDonaldem, hamburgery i sałatki w Wendy's są o wiele lepsze, ale mimo wszystko daleko im do ideału. Miałam okazję być w Wendy's tylko kilka razy, ale odebrałam to miejsce o wiele pozytywniej niż Mac. Uwaga, uwaga, w Kalispell mamy aż trzy Wendy's.


http://jimbaker.wordpress.com
http://www.bizaims.com




















W Stanach bardzo popularne jest meksykańska kuchnia oraz co za tym idzie fast foody z meksykańskim jedzeniem. Dwa najpopularniejsze miejsca to Taco Bell oraz Taco John's. Miałam okazję jeść może trzy razy w tym drugim (które podobno jest o wiele lepsze). Buritos i tacos w Taco John's nawet mi smakowało :)) Najlepszą rzeczą są ziemniaczki dodawane do każdego zamówienia :)

http://www.1fastfoodcoupon.com
http://freebirthdaymeals.org
http://thethriftycouple.com
Miejsca jak Burger King czy KFC, które mamy w Polsce i które cieszą się dość sporą popularnością, tutaj są niepopularne i prawie nikt nie zamawia tam jedzenia. W Kalispell mamy tylko może po jednej z obu 'restauracji'. 

Czas na ... Subway, czyli chyba moje drugie ulubione fast-foodowe miejsce.  Do mnie przemawia to, że jest ono trochę zdrowsze niż typowy cheeseburger. Nie ma co opisywać, bo u nas w Polsce również widzimy subway na ulicach większych miast.

http://www.qsrmagazine.com
Przed wyjazdem do USA Pizza Hut było moim ulubionym miejscem, żeby zamawiać pizzę. Z powodu braku tego lokalu w moim rodzinnym mieście, gdy tylko byłam w miejscu, gdzie byłą Pizza Hut, zawsze chciałam tam pójść. Pizza Hut kojarzyła mi się z restauracją, gdzie siadasz, zamawiasz i jesz bez pośpiechu. Trochę zawiodło mnie to, że w Ameryce Pizza Hut to najzwyklejszy fast food. Pizza jest gorsza niż u nas i odbieranie jej w drzwiach nie jest niczym wyjątkowym.

http://petersonpizzahuts.com/
Jest mnóstwo innych miejsc takich jak Pizza Hut, jak na przykład Little Caesars, Papa Johns etc. Aż ciężko policzyć :)) To samo dotyczy typowych fast foodów. W większych miastach spotykamy Sonic, popularny jest Arby's i setki innych, które niczym się nie wyróżniają. W Kalispell mamy miejsce, które nazywa się Frugal's. Jest to drive-thru fast food z przepysznymi hamburgerami. Są one droższe, ale smakują o niebo lepiej, jak te przygotowane w domowym piekarniku (prawie ...).

http://www.frugalburger.com
Na koniec pozostawiłam miejsce, które sprzedaje fast foody, ale słynne jest z lodów i słodkości. Osoby, które są lub były kiedykolwiek w Stanach na pewno wiedzą o czym mówię. Jest to oczywiście DAIRY QUEEN. Na ich menu widnieje kilkanaście smaków mojej ulubionej rzeczy, czyli blizzards. Są to lody z posypką i polewą (jak Mcflurry, ale o wiele lepsze). Mój ulubiony rodzaj jako miłośniczka czekolady  to extreme chocolate.

http://www.articlesweb.org/
W zasadzie całe moje doświadczenia z fast foodami skończyły się wraz ze zmianą rodziny. Moja nowa rodzina nie je w fast foodach wcale, z czego się nawet cieszę. Nie byłam w żadnym od stycznia :))) Jednak nic nie jest lepsze od domowego jedzenia, kto się ze mną zgadza?
:)

środa, 14 marca 2012

Amerykańskie jedzenie

Po ostatnim poście o szkole, postanowiłam zabrać się za pisanie kolejnego wpisu, tym razem o jedzeniu. Wydaje się bardzo stereotypowe, ale to jeden z ważnych aspektów, o które jestem pytana. Większość Polaków gdy tylko usłyszy słowo "Amerykanin" myśli o osobie otyłej z hamburgeem w jednej oraz colą w drugiej ręce. Zauważyłam, że zamykamy się w naszym własnym świecie, w tym wciąż uważając, ze tylko nasza kuchnia jest dobra, a u innych wytykamy błędy. Gdy pomyślimy o Stanach, owszem, możemy liczyć fast-foody i 'śmieciowe jedzenie', ale wystarczy otworzyć książkę kucharską albo wybrać się do pobliskiej restauracji by przejrzeć na oczy.

Szczerze mówiąc to na samym początku mojego pobytu nie byłam przekonana do amerykańskiej kuchni. Stopniowo dodawałam 'ich' dania do mojej listy ulubieńców. Pomyślałam, że warto byłoby opisać niektóre potrawy, dzisiaj te ulubione.

Macaroni and Cheese
Jako miłośniczka sera pod kazdą postacią jest to jedna z moich ulubionych potraw. Gdy przygotowujemy ją z paczki, zajmie to nam może 10 minut, jednak gdy chcemy zmierzyć się z tradycyjną metodą czeka nas trochę wyczekiwania przed piekarnikiem. Mac and Cheese to makaron z sosem serowym. Idealny na obiad, niestety troszeczkę kaloryczny. W amerykańskiej kuchni nie da się niestety tego uniknąć.

http://smittenkitchen.com
Pancakes
Moim zdecydowanym numerem jeden są amerykańskie naleśniki - pancakes, szczególnie te z kawałkami czekolady w środku i syropem na wierzchu. Naleśniki różnią się bardzo od tych naszych. Przede wszystkim są o wiele grubsze i pulchniejsze. Mimo wszystko chyba największą różnicą jest to, że je się je na śniadanie. Kto nie lubi zaczynać dnia od naleśników? Na pewno nie ja :)

http://www.recipegirl.com
Peanut butter jelly sandwich (PBJ) - kanapka z masłem orzechowym i dżemem
Od samego początku bałam się spróbować PBJ. Przez pierwszy miesiąc postanowiłam nie próbować tej kanapki, nigdy w życiu. Kto łączy masło orzechowe i dżem? - Wydaje się dziwne, prawda ? Tylko z pozoru składniki nie pasują do siebie, ale tak w rzeczywistości jest to jedna na najlepszych rzeczy w kategorii "lunch", jaki miałam okazję spróbować. Obecnie przynajmniej raz w tygodniu pakuję sobie do szkoły moją PBJ sandwich.

http://onmilwaukee.com

Oatmeal cookies
Zrobiłam je ostatnio po raz pierwszy sama. Ciasteczka z płatków pszennych, owsianych etc. Są jeszcze lepsze gdy dodamy do nich kawałki czekolady, rodzynki (ostatnio polubiłam !) czy suszone wiśnie.  Do ciasteczek pije się mleko, szzcególnie do oatmeal albo chocolate chip cookies. Amerykanie dziwią się się jak można nie łączyć tych dwóch rzeczy automatycznie ;))
http://www.quakeroats.com

NY Cheesecake - amerykańska wersja sernika
Amerykański sernik zdecydowanie różni się od naszego, który mamy okazję zajadać szczególnie podczas spotkań z rodziną. Cheesecake, który jadłam tutaj, jest zdecydowanie słodszy i bielszy. 
http://www.mygiftbasket.us
  
Lemoniada
Nie mogę zapomnieć o jednym z najpopularniejszych napojów, który u nas ciężko znaleźć, bo nie jest po prostu popularny. Lemoniada gości na stołach amerykanów prawie tak często jak coca-cola, czy inne tego typu napoje gazowane nazywane tutaj po prostu soda.

http://drinkinventor.com

 Jestem chętna opisać jeszcze więcej o jedzeniu, napojach i zwyczajach. Dajcie znać, czy takie coś by Was interesowało... :)))

niedziela, 11 marca 2012

Amerykańskie high school to nie to samo

O szkole mogłabym pisać milion notek, pewnie dlatego, że jest to moja codzienność. Dzisiaj nie zamierzam opisywać jeszcze raz wszystkiego o szkole, tylko skupię się na różnicach pomiędzy polską a amerykańską szkoła. Bardzo spodobał mi się pomysł opisywania różnic kulturowych. Zrobiłam swoją własną listę.

Zaczynamy...

Numer 1:  Codziennie te same lekcje.
Każdego dnia jest 7 lekcji. Przechodzisz z klasy do klasy. Szczerze mówiąc to wpada się w rutynę strasznie szybko. Na początku nie mogłam przestawić się do tego systemu, ale teraz bardzo mi to odpowiada.

Numer 2: W szkole od 8.15 do 15.15 bez wyjątku.
 W szkole jest się pełne 7 godzin codziennie. Wydaje się długo, szczególnie na początku. Pamiętam jak we wrześniu byłam bardzo zmęczona każdego dnia po szkole. Teraz już przywykłam i nawet odpowiada mi to, że wszystko jest takie zorganizowane i systematyczne.

Numer 3: Pięciominutowe przerwy i 40-minutowy lunch, czyli biegamy, żeby zdążyć
Pięć minut na przejście z klasy do klasy (i zahaczenie o szafkę) w szkole tak dużej jak moja, to zdecydowanie za mało. Nie ma się czasu na nic, nawet na pójście do toalety, a co dopiero, żeby coś zjeść. Nie rozmawiasz z nikim, po prostu idziesz przed siebie i w duchu liczysz, że się spóźnisz (chyba że masz blisko klasy, ale ja niestety biegam z jednego do drugiego końca szkoły). Dwa spóźnienia i odbiera Ci się przerwę na lunch :( Na szczęście mam tylko kilku nauczycieli, którzy tak naprawdę przestrzegają tego odbierania lunchu. Muszę pochwalić się, ze w drugim semestrze nie mam jak na razie żadnego spóźnienia w dzienniku :))

Numer 4: Nie ma klasy, jest rocznik
Lekcje masz z jakąś setką ludzi. Brakuje mi trochę takiej zgranej (bądź czasem nie) grupy ludzi. Na szczęście coś takiego przypominają zajęcia pozaszkolne jak na przykład speech and debate, sporty czy teatr.

Numer 5: Żółte karteczki, czyli hall pass, inaczej nie możesz być na korytarzu w trakcie lekcji
Organizacja przede wszystkim :) Ja bardzo rzadko dostają te żółte karteczki poza tą do toalety czy szafki. Może jak dostanę kiedyś jedną do main office to zrobię zdjęcie ;)

Numer 6: Jednoosobowe ławki
Niestety mam tylko jedną klasę - biologię, gdzie siedzi się z dwuosobowych ławkach. Reszta to ławki pojedyncze. Co do biologii to w zasadzie przez to, że siedziałam z Lilly poznałam ją i teraz mieszkam w jej rodzinie. 

Numer 7: Słuchanie muzyki na lekcjach to normalka, nie podoba Ci się lekcja, to słuchawki i już się nie nudzisz
Według mnie jest to trochę niepoważne i niekulturalne, żeby słuchać muzyki na lekcji, ale dla Amerykanów nie jest to nic złego. Może dwóch czy trzech nauczycieli, z którymi mam lekcje nie życzy sobie słuchania muzyki gdy prowadzą lekcje.

Numer 8: Długopisy - gatunek zagrożony wyginięciem
Aż sama dziwię się sobie, ale używam już tylko ołówka bez względu co piszę. Jest mi po prostu łatwiej, zawsze można wymazać :)

Numer 10: Wzory i równania na kartce w linie, jednym słowem, nie używa się papieru w kratkę
Początkowo postanowiłam buntować się temu i pisać na papierze w kratkę, który znalazłam w jednym sklepie. Obecnie matematyka na papierze w linię już mnie nie dziwi i sama to robię. Jakiekolwiek grafy robi się "na oko" bez linijki, na papierze w linie. To samo z geometrią.

Numer 11: Nie chodzisz na dodatkowe szkolne zajęcia, sporty, raczej nie masz znajomych
Jest to trochę smutne i przykre, ale niestety prawdziwe. Rzadko kiedy ma się okazję poznać dużo osób w szkole,gdy zmieniasz osoby w klasie co 50 minut.

Numer 12:  Podręczniki ważą chyba 5 kilogramów
Jak nie więcej haha ... Dla mnie zdecydowanie za dużo. Śmieszne jest to, że nie wydaję mi się, żeby zawierały dużo więcej treści, mają tylko większą czcionkę i więcej obrazków :)

Numer 13: W każdy poniedziałek rano mówimy przysięgę, jako szacunek dla kraju.
Jestem dumna, bo teraz znam ją już całą na pamięć.

Numer 14: Szafki to niezbędna rzecz
Nie wyobrażam sobie dźwigania tych podręczników dalej niż z szafki do klasy i z powrotem 

Numer 15:  Parking przed szkołą wygląda jak parking przed Tesco
Samochód prowadzą już 15 latki, bo wtedy można dostać tymczasowe prawo jazdy. Mając 16 lat ma się już pełne. Wyjaśnia to fakt, dlaczego przed szkołą jest mnóstwo miejsc parkingowych. Mimo wszystko niektórzy uczniowie parkują na okolicznych ulicach bo nie ma miejsc na głównym parkingu.

Numer 16: Sprawdziany są banalnie proste a do tego można używać notatek 
Jednym słowem robisz dobre notatki na lekcji i masz same A. Nie działa to tylko na przedmiotach IB, czyli z międzynarodową maturą. Te lekcji są zupełnie jak nasze ... no może trochę lepsze :)

Numer 17: Jak w filmach cheerleaderki i footballiści to osoby popularne
Z tym stwierdzeniem się zgodzę, ale co do tego, że cheerleaderki są puste można byłoby dyskutować. Część jest naprawdę bardzo miła. Chwilowo football zastąpiła koszykówka. Wczoraj były mistrzostwa stanu Montana i nasza drużyna zajęła 2 miejsce !!

Numer 18: Usprawiedliwić nieobecność można tylko w ciągu 24 godzin
Rodzic może zrobić to tylko telefonicznie. Za godziny nieusprawiedliwione zostaje się w kozie

Numer 19: W każdej klasie jest elektroniczna temperówka i chusteczki higieniczne
I jeszcze wiele innych rzeczy. Wyposażenie klas to niebo a ziemia. Tutaj mamy mini laboratoria, gdzie mamy doświadczenia, komputery gdzie tylko się da itd.

Numer 20:Za przynoszenie prac na czas, udział w lekcji dostaje się słodycze
Dla mnie normalne, że prace oddaje się na czas, tutaj za to są nagrody haha

Pomyślałam, że fajnie opisać różnice w szkole, tym bardziej, ze miałam czas na napisanie notki, a za dużo nie wydarzyło się od ostatniej. Jutro zaczynamy tenis w szkole. Nie mogę się doczekać. Od czwartku codziennie chodziłam ćwiczyć z host rodzeństwem i chyba trochę już sobie przypomniałam. Ponadto w Kalispell pogoda była cudowna, około 12 stopni i słoneczko. Gdy dzisiaj wyglądam za okno, to niestety trochę pochmurnie, ale przecież nie może być zawsze idealnie :)

środa, 7 marca 2012

Od razu lepiej, gdy na dworze świeci słońce

Nadal nie mogę uwierzyć, że mamy już marzec. Patrzę przez okno i w końcu widzę świecące słońce. Nie przeszkadza mi, że temperatury nadal koło pięciu stopniu, w powietrzu czuć już wiosnę.

W czwartek po szkole wybrałam się z Lilly na szkolny musical - Godspell. Byłam dość pozytywnie zaskoczona wykonaniem i umiejętnościami osób, z którymi mijam się codziennie na korytarzach. Całe przedstawienie trwało prawie dwie godziny. Siedziałyśmy w pierwszym rzędzie i gdy na sam koniec puszczano bańki mydlaneze specjalnej maszyny, wszystko leciało na nas - spełnienie marzeń z dzieciństwa :)

W piątek po szkole odebrała mnie koordynatorka, ponieważ odbywało się spotkanie wszystkich wymieńców z okolicy. Wszyscy wspólnie jeździliśmy na nartach/snowboardzie, zjedliśmy obiad i deser. Było naprawdę przyjemnie. Ja jeździłam głównie z Federiką i jej siostrą - Merrik.


Cała grupa, wymieńcy i rodziny :)
Z soboty na niedzielę udałam się na urodziny koleżanki - Mackenzie.Graliśmy w flashlight tag, czyli połączenie podchodów z berkiem wieczorem, gdy było już ciemno. Oglądałyśmy filmy, wszystkie rozmawiałyśmy. Wszystko skończyło się rano.

Jedną z wielu ciekawych rzeczy, które robiliśmy na biologii to sekcja małych świnek. Zajęło nam to trzy dni. Krojenie, wyjmowanie organów były interesujące. Zupełnie inaczej niż uczenie się z podręcznika, w Polsce też powinniśmy robić takie doświadczenia.

Ja pracowałam z Brianą. Nazwałyśmy naszą świnkę "Świnka" - po polsku. Żadna świnka nie była zabita dla eksperymentów, dostaje się te, które same zmarły. Podczas sekcji w innych klasach kilka osób zemdlało, raz musiała przyjechać karetka. U nas jedna dziewczyna zemdlała na chwilę, ale poza tym nic złego się nie wydarzyło. 

Moim zdaniem doświadczenie były ŚWIETNE !



We wtorek wszyscy Juniors, czyli uczniowie 11 klasy nie mieli zajęć. Wybraliśmy się do pobliskiego collegu. Mieliśmy tam zajęcia i prezentacje. Jakiś miesiąc temu trzeba było zapisać się do trzech grup, z czego zostanie się przydzielonym do jednej z nich. Mi przypadło "Professional Health and Science" z czego niesamowicie się ucieszyłam.

Pierwsza klasa, jaką odwiedziliśmy to Chemia. Profesor przedstawia się. Gdy tylko usłyszałam jego imię (Mariusz) stwierdziłam, że coś jest nie tak i musi być z Europy, na pewno nie z Ameryki. Potem powiedział, że jest z Polski i przeprowadził się zaraz po studiach. Była to pierwsza osoba z Polski, która miałam okazję poznać w Kalispell. Po wykładzie rozmawiałam z nim chwilę, na początku po angielsku, ale po chwili już po Polsku. Aż dziwnie rozmawiało mi się w ojczystym języku z kimś kto stoi przede mną a nie po drugiej stronie ekranu komputera. Sama byłam zaskoczona, bo na końcu języka miałam angielskie słówka i moje zdania nie były wcale takie idealnie poprawne. Zobaczymy co będzie jak wrócę z czerwcu :)

Mimo wszystko świetnie było poznać kogoś z Polski ( w końcu), tym bardziej, że profesor pochodzi z Gniezna, więc już w ogóle niedaleko mojego miasta. Sama prezentacja była cudowna. Rozkładaliśmy trawę na różne czynniki, sprawdzaliśmy wpływ światła UV na fluorescencyjny roztwór. 

Podczas biologicznej części, mieliśmy okazję pobrać DNA z truskawki. Zarówno Bara jak i ja, cały czas rozlewałyśmy roztwór z DNA i nie wychodziło nam to, ale po chwili wspólnie poradziłyśmy sobie z zadaniem. Ostatnia klasa to Forensics, czyli nauka połączona z kryminalnym aspektem. Musieliśmy rozstrzygać kto zabił manekin. Pobieraliśmy odciski palców, pracowaliśmy nad śladami krwi. Całe doświadczenie było naprawdę bardzo interesujące. :))

Wracam do uczenia się biologii, bo już jutro mamy test podsumowujący wszystko od listopada. W poniedziałek rozpoczyna się tenis, jestem strasznie podekscytowana i nie mogę się doczekać !

Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet ! Amerykanie nie obchodzą tego święta, niestety ...
Trzymajcie się ! ;))