środa, 22 lutego 2012

Śnieg za oknami, polskie pierogi na obiad - trzydniowy weekend

Zaraz po tym jak w sobotę wstawiłam post na bloga pojechaliśmy do Glacier Parku by zobaczyć go zimą. Wcześniej byłam tam tylko raz, w mój drugi dzień w Stanach. Nadal pamiętam ten zapach lata, upalne powietrze wokół, oszołomienie tym wszystkim co jest nowe i strach w oczach, bo jestem sama za oceanem. Wtedy te wszystkie emocje były skupione we mnie, z jednej strony byłam prze szczęśliwa, a z drugiej zmęczona kilkunastogodzinną podróżą. Pamiętam lody o smaku huckleberry, dochodzenie, co to właściwie znaczy i mój szok, gdy zobaczyłam wielkość małej gałki lodów. To wszystko już za mną, mimo że pamiętam to jakby było wczoraj.Spoglądam na kalendarz ... zostały mi tylko niecałe cztery miesiące w Stanach. Kto by pomyślał, że czas leci tak szybko.




Toby ubrany zdecydowanie odpowiednio do pogody



Glacier Park zimą wygląda równie pięknie. Wszystko pokryte śniegiem i bez nieprzemakalnych butów nawet nie ma co jechać. Widać twarze przechodzących ludzi i czerwonymi od mrozu nosami, robiąc zdjęcia.

Nie byliśmy tam długo, może godzinkę. Na obiad ugotowaliśmy chińskie jedzenie i aż wstyd przyznać, ale pierwszy raz w życiu jadłam używając pałeczek. Na początku nic mi nie wychodziło i chciałam chwycić widelec i poddać się, zastanawiając się jak można tym w ogóle jeść. Na szczęście jestem trochę uparta i postanowiłam opanować tę sztukę. Po kilkunastu minutach mozolnego ćwiczenia i pomocy host braci, byłam już mistrzem jedzenia pałeczkami (może nie do końca, ale nauczyłam się ).

W niedzielę jak zwykle pojechaliśmy do Kościoła a potem na STOK NARCIARSKI. Wybraliśmy się w inne miejsce niż ja zwykle jeździła - Blacktail. Było mnóstwo śniegu. Na początku bałam się, że nie dorównam rodzince, nie poradzę sobie tak dobrze na desce, ale nie było się o co martwić. Śmigaliśmy na stoku wspólnie !

Poniedziałek był wolnym dniem od szkoły. Byłam w domu razem z host braćmi, a około 15 wróciły z Seattle - host mama Heidi i Lilly. Wcześniej tego dnia razem z chłopakami kręciliśmy - "teledysk". Było śmiesznie, jednak chyba nic z tego nie wyszło. Najlepsze było ogladanie naszych wpadek, na przykład gdy Tommy potknął się i upadł podczas kręcenia albo ja nie trafiłam w odpowiedni dźwięk i brzmiałam jakbym totalnie nie umiała śpiewać. Niedługo później zaczęliśmy robić pierogi. Dla chłopaków największą frajdą było ich klejenie. Strasznie się ucieszyłam, bo wszystkie szybko zniknęły ze stołu i musieliśmy dorobić więcej. 


Zgrałam z aparatu Tommiego zdjęcie zrobione w dniu mojej przeprowadzki do nowej rodziny

Nie mam jeszcze zdjęć z host siostrami, bo obie były strasznie zajęte ostatnio. Lilly podróżowała w związku z przyszłorocznym wyborem collegu, a Liza zdawała na prawo jazdy (oni muszą mieć tylko 15 lat tutaj w Montanie). Nie martwcie się, będzie okazja do zdjęć, bo w sobotę jest winter formal, czyli taniec/bal, a od dzisiaj trwa Spirit Week, czyli przebieranie się do szkoły. To wszystko opiszę w następnym poście,
Do usłyszenia !

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz