niedziela, 30 grudnia 2012

Końcówka roku i wszystko z tym związane

Zniknęłam na jakiś czas. Ten z kolei zleciał w mgnieniu oka, bo w końcu od 6 października, czyli daty mojego ostatniego wpisu minęło nie kilka dni, a miesięcy. Ostatnio doszłam nawet do wnosku, jak ważny jest czas w naszym życiu. To jedna z tych rzeczy, których juz nigdy nie odzyskamy, bo można go stracić albo właściwie zagospodarować i cieszyć się każdą chwilą do ostatniej sekundy. Może ujawnia się tu ta "punktualna" część mnie dbająca o pojedyncze minuty.  Ostatnio przyzwyczaiłam się do życia w biegu. Dni mijały zbyt szybko, ale wszystko wydawało się być na swoim miejscu.

Już dawno temu wróciłam do Polski. Ułożyłam sobie życie nie do końca od nowa, ale z pewnością z małymi zmianami. Wyjazd zdecydowanie mnie zmienił. Tego nie mogę podważyć. Wróciłam do rodzinnego miasta z jasno określonym planem w głowie dotyczącym czego chcę dalej. Teraz jestem na etapie dążenia do tego, by wszystkie plany się spełniły. Głęboko wierzę (i ciężko pracuję) by tak było.

W Polsce większość osób przyjęła mnie bardzo ciepło. Szczególnie w szkole, wśród znajomych. Zaangażowałam się w kilka rzeczy. Między innymi wróciłam do Studia Piosenki w miejskim Centrum Kultury i Sztuki. W grudniu mieliśmy koncert i śpiewałam tam piosenkę "So this is christmas" Johna Lennona.

ze strony: http://www.ckis.kalisz.pl

Cofając się jeszcze trochę w czasie, w listopadzie obchodziłam 17 urodziny. Spędziłam je wśród znajomych. Było naprawdę śmiesznie. Dostałam Tekkena, co było strzałem w dziesiątkę, bo teraz też zdarza mi się usiąść przed xboxem i grać dla zabicia chwilowej nudy. Najczęściej moim xboxowym partnerem jest Wiktoria, moja siostra ;)


Potem były już tylko mikołajki i oczywiście święta. Te amerykańskie pamiętam jakby to było wczoraj. Z perspektywy całego roku, był to chyba najtrudniejszy okres. Niby świąteczna atmosfera zmuszała do śmiechu, szału prezentowego i ogólnej radości. Z drugiej strony Boże Narodzenie to czas spędzany z rodziną. Doceniłam wtedy co to znaczy usiąść przy wigilijnym stole z 12 potrawami a potem śpiewać kolędy. W tym roku wszystko było jak przed laty. Z jednym małym wyjątkiem. Wieczerza wigilijna była w naszym domu, a nie u babci. Chyba moje rzucanie się na głęboką wodę jest rodzinne, bo Wigilia to nie lada wyzwanie. Dołączyłam się do przygotowań. Ulepiłam pierogi i upiekłam z mamą sernik. Ciekawym faktem może być to, że w ostatnim czasie odkryłam wielką chęć do pieczenia. Babeczki, ciasteczka, torty, serniki ... Mieszanie ciasta jakoś odstresowuje ;)
Na wigilię klasową przygotowałam amerykanskie chocolate chip cookies. W dniu, w którym je piekłam w domu zapanowała jakby amerykańska atmosfera. Zaczęłam wspominać sobie chwile ze Stanów. Czasem tak mam. W końcu będzie to zawsze duża część mojego życia. 

wigilijny stół


Kończy się kalendarzowy rok. Przynosi to mnóstwo wspomnień i podsumowań. Nie wspomnę już o postanowieniach noworocznych, których wielką fanką nie jestem. Może jednak zastanowię się nad jednym. Warto byłoby pojawiać się tutaj częściej, bo chyba zapomniałam jaką frajdę sprawia mi dzielenie się moimi przyżyciami na hellofrommonatana. Kończę 2012 rok z uśmiechem na twarzy i mnóstwem wspomnień cudownych chwil. Życzę Wam wszystkim by po prostu cieszyć się każdym doświadczeniem, ale najważniejsze by stawiać sobie cele w życiu i konsekwentnie do nich dążyć. Trzeba marzyć, ale przede wszystkim spęłniać marzenia :) Wszystkiego dobrego w Nowym Roku. Oby była tak udany jak ten poprzedni. W może nawet lepszy! Sami zobaczymy....

sobota, 6 października 2012

Polska codzienność

Czas mija tak szybko. Za oknami zrobiło się tak jakoś chłodniej, mimo iż jeszcze kilka tygodni temu była pełnia lata. Skończyły się wakacje i szkoła przywitała nas 3 września. Nagle ze spokojnych dni trzeba było spowrotem przestawić na polski napięty szkolny grafik. Całe szczęście, ze nie przyszło mi to z trudem. Po roku w amerykańskiej szkole, nie miałam pojęcia czego do końca spodziewać się po polskim liceum.

Mój rok za granicą i świadectwo z USA zostało zaliczone i poszłam normalnie ze swoim rocznikiem do drugiej klasy. Mój profil  to matematyczno-fizyczny. Wybrałam go już przed wyjazdem do Stanów i po prostu dołączyłam do swojej klasy. Wszyscy przyjęli mnie bardzo pozytywnie, co również mnie ucieszyło.

Polskie liceum okazało się być o wiele bardziej wymagające pod względem nauki w porównaniu do amerykańskiego. Już nie ma tak łatwo - nie można używać notatek na lekcjach, brakuje doświadczeń a tylu zadań z matematyki i fizyki dawno się nie naliczyłam. Brakuje mi kilku rzeczy, takich jak zajęć sportowych, na które każdy tam chodził, tych korytarzy, długiego lunchu ( a czasem po prostu języka angielskiego wokół) ... Mimo wszystko teraz jest naprawdę CUDOWNIE! Jakoś przeżyję te kilka godzin więcej spędzane na naukę, bo wróciłam do swoich znajomych, których tam w Stanach jednak mi brakowało.

Dołączę kilka zdjęć z ostatniego czasu (od końca wakacji do teraz)

kamerkowe
w Cetrum Kopernika z Oksaną

pierwszy tort jaki kiedykolwiek upiekłam - urodziny mojej siostry!

rodzinnie

Jestem w takim biegu, że aż nie mam chwili by napisać na blogu. Mimo wszystko jest BARDZO FAJNIE ;))))

sobota, 1 września 2012

Tygodniowy wyjazd w Góry Stołowe

Wakacje powoli się kończą - mamy przed sobą już tylko dwa dni. Nie mogę uwierzyć, że czas leci tak szybko. W tym roku miałam wolne od 1 czerwca, ale mimo wszystko trudno pogodzić się z końcem wstawania o dowolnej porze, braku planów czy gubieniu rachuby w tym jaki jest dzień tygodnia.

Tydzień temu wróciłam z tygodniowego rodzinnego wypadu w Góry Stołowe. Wprawdzie byłam wcześniej latem czy wiosną w górach, ale tylko podczas szkolnych wycieczek, bądź gdy byłam tak mała, że nie pamiętam niczego. Z tego powodu można uznać, że przygodę z chodzeniem po górach zaczynałam prawie od zera.

Nigdy nie spodziewałam się, że piesze górskie wędrówki sprawią mi tyle przyjemności. Było świetnie! Kilkugodzinne wędrówki, piękne widoki,  spokojny i niezakłócony świat wokół ... :)


Góry Stołowe nie są wysokie, ale chyba idealne dla początkujących. Kilka atrakcji i szczytów to Szczeliniec, Błędne Skały (gdzie kręcone były sceny do Opowieści z Narnii), Narożnik i wiele innych. Wystarczy przejść kilka kilometrów by stanąć za granicą z Czechami.




Narożnik

Błędne Skały


Niedaleko znajduje się również Kudowa Zdrój, małe miasteczko z pijalnią wód mineralnych i pięknym parkiem uzdrowiskowym. W okresie, w którym miałam okazję tam być, odbywał się Festiwal Moniuszki, co przyciągnęło dość sporo osób. 


Będąc tak blisko granicy, nie można by było nie wjechać do Czech. Spędziliśmy tam jeden dzień w cudownym skalnym mieście. Na obiad oczywiście jadłam smażony ser, który kojarzy mi się tylko z Czechami! :))) 


Skalne miasto - Adrspach





W drodze powrotnej zatrzymalismy się w Osówce, gdzie w czasach drugiej WŚ budowane były podziemne niemieckie tunele i pomieszczenia.
 

Miło było spędzić czas w górach i dodatkowo odpocząć przed szkołą. W końcu już w poniedziałek idziemy do szkoły! Nie mogę uwierzyć, że w zeszłym roku chodziłam po amerykańskich korytarzach. Wszystko zmienia się tak szybko....

sobota, 4 sierpnia 2012

Werona miastem tragicznie zakochanych Romea i Julii

Przebywając w Weronie nie poszłam tylko do Gardalandu. Nie wyobrażam sobie nie zwiedzić miasta rodzinnego tragicznie zakochanych Romea i Julii. Zwiedzanie rozpoczęłam od największej po Rzymie, zachowanej areny rzymskiej, gdzie teraz odbywają się przedstawienia operowa. Cudownie byłoby zjawić się tam wieczorem, zasiąść w krzesełku (bo o miejscu w loży chyba nie ma co marzyć) i oglądać zapewne przepiękne przedstawienie. W końcu Włochy są ojczyzną opery! Miałam tylko okazję oglądać jak budowano scenę po tym jak wielkie tiry przywoziły dekoracje. Tego dnia wystawiana "Carmen" a już następnego dnia "Romea i Julię". Obie z moją mamą zgodnie przytaknęłyśmy, że zobaczenie "Romea i Julii" w Weronie to marzenie.



tego dnia budowano scenę na operę!

Po uliczkach w centrum Werony kręci się tysiące turystów, a najwięcej na głównej (choć wąskiej) ulicy Via Mazzini z mnóstwem butików i sklepów z projektantami. Ulica ta prowadziła w stronę domku Julii ze słynnym balkonem. By zrobić sobie na nim zdjęcie trzeba było trochę poczekać, ale było warto, pamiątkę mam. Na placu przed domem rodziny Kapulet ściany było zapisane imionami i serduszkami, a także widać było wiele kłódek. W samym domku można było napisać i wysłać list do Julii. Jest to trochę śmieszne, ponieważ Romeo i Julia nie istnieli naprawdę, ale ich rodziny żyły. 

Via Mazzini

Na balkonie Julii



Plac przed domem Julii

wspominane listy do Julii
Inne kościoły czy uliczki były równie urokliwe. Wszystko jakby w ogóle nie zniszczone przez wojny i przemijający czas stwarzało niesamowity klimat. 




Aż szkoda, że następnego ranka trzeba było wracać już do Polski.


niedziela, 29 lipca 2012

Adrenalina, emocje i wrażenie że latam w Gardalandzie koło Werony

Po dziesięciu dniach leniuchowania opuściłam słoneczne południe Włoch i udałam się na północ na trzy dni do Werony. Jest to urokliwe miasto Romea i Julii i oper. Niedaleko znajduje się też park rozrywki Gardaland, czyli coś na wzór Disneylandu blisko Paryża. Wielki obszar pokrywały różne krainy tematyczne dla dzieci, młodzieży i dorosłych. Znalazło się coś dla każdego - dla mnie, fanki adrenaliny i wielkich kolejek stało mnóstwo roller coasterów, dla innych wolniejsze kolejki, polowania z laserowym pistoletem w ręku w piramidzie, seanse filmów, przedstawienia i krainy fantastycznych budynków niczym z marzeń.

Oczywiście Gardaland był bardzo zatłoczony, na niektóre atrakcje trzeba było czekać nawet 40 minut, ale było warto. Z reguły przed tymi najlepszymi kolejkami czekało najwięcej osób. Całą rodziną wybraliśmy w kilkanaście miejsc, a mój tata i ja sprawdziliśmy chyba każdy roller coaster możliwy. Mieliśmy kilka ulubionych - mój to "raptor" czyli wielki roller coaster niczym z misji wojskowych, zielona kolejka z wieloma pętlami (aż wbijało w fotel) czy  atrakcja gdzie wjeżdżało się na szczyt i spuszczano nas nagle z góry. Śmieszne było uczucie, że nie ma się pojęcia co się dzieje i chyba nie wyhamujemy, uderzając w ziemię. jak wiadomo to się nie stało i cała  i zdrowa jestem teraz w Polsce. Mimo wszystko wrażeń było co nie miara. 

z siostrą Wiktorią przed wejściem


Magic House

kraina dzieci







W parku spędziliśmy 9,5 godziny, a nawet wtedy moja siostra nie chciała jeszcze wychodzić i z łzami w oczach prosiła rodziców by pójść na chociaż jeszcze jedną atrakcję, czyli jej ulubiony Magic House. Niestety musieliśmy wracać już do naszego hotelu, gdyż niedługo zrobiłoby się ciemno, a ponadto każdy czuł już zmęczenie po całym dniu na nogach lub w powietrzu z nadal szybko bijącym sercem z podekscytowania.

Tego dnia wieczorem kładąc się spać nadal miałam dziwne wrażenie że jestem w powietrzu na kolejnej kolejce albo znowu spadam w dół. Uwielbiam takie parki rozrywki! Zakochałam się w nich gdy jako niespełna dziewięciolatka miałam okazję bawić się w Disneylandzie i Asterix Parku przy Paryżu. Szkoda, że w Polsce nie mamy takich atrakcji, ale wierzę że jeszcze wszystko przed nami.

niedziela, 22 lipca 2012

Dzień na Sycylii - wspinaczka po wulkanie i miasteczko na skale

Wakacje mijają niesamowicie szybko. Już mamy prawie końcówkę lipca. Ostatnio pisałam trochę o moim wyjeździe do Włoch, dzisiaj rozwinę temat jeszcze bardziej. Oprócz dni spędzonych na wylegiwaniu się na leżaku w Słońcu i pływaniu w morzu, widziałam kilka ciekawych miejsc. Wielkie wrażenie zrobiła na mnie Sycylia. Spędziłam tam cały dzień.

By dotrzeć na wyspę trzeba przepłynąć promem z lądu. Sycylia to piękna wyspa z urokliwymi miasteczkami oraz największym czynnym wulkanem w Europie, który miałam okazję zobaczyć. Gdy słyszymy słowo "wulkan" wyobrażamy sobie wielką górę z dziurą i lawą w środku. W rzeczywistości wulkan Etna to kilka (a może nawet kilkanaście) mniejszych stożków i kraterów. Turyści są mile widziani aż do miejsca na wysokości trochę ponad 2000 metrów. Wyżej udają się już ekspedycje naukowe, bo chyba nikt z nas nie chciał by mieć do czynienia z lawą.

Etna zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Sam krajobraz jest zdecydowanie inny niż ten, który widzimy za oknem naszego domu. Nie ma drzew ani zieleni, ale zastygnięta czarna magma (której kawałek oczywiście zabrałam ze sobą na pamiątkę). Co jakiś czas widać tylko kratery, z których wyciekła niedawno (kilka bądź kilkanaście lat temu) lawa. Wybraliśmy się tam na około godzinną przechadzkę.

kolejka na Etnie, zimą można tu zjeżdżać na nartach


tutaj wylała się lawa około 10 lat temu


Po czasie spędzonym na Etnie, wybraliśmy się do uroczego miasteczka na skale o nazwie Taormina. Wąskie uliczki, widoki na morze z dużej wysokości były cudowne. W powietrzu unosił się niesamowity klimat. Widać było ludzi siedzących w kawiarenkach, pod kościołami, a na najbardziej uczęszczanej przez turystów ulicy ciągnęły się sklepy znanych projektantów. 




ulubione zdjęcie wakacji


Aż żal, że na Sycylii spędziłam tylko jeden dzień. Był on pełen wrażeń i widoków, które zostaną w mojej głowie na bardo długo. 
Pozdrowienia! ;)