czwartek, 3 listopada 2011

Dzień, w którym straszy - 31 października

Przygotowanie do haloween rozpoczęły się już pod koniec września. W oknach domów zaczęły pojawiać się przyklejane obrazki duchów, a przed drzwiami nie raz można było potknąć się o pomarańczową dynię. Nasz dom oczywiście też był przystrojony. Do lamp przyczepione były figurki, duchy etc. Na moim biurku do teraz stoi haloweenowa świeczka-dynia. Dzień przed haloween wybraliśmy się na zakupy w poszukiwaniu kostiumów. Ja znalazłam swój w K-marcie i postanowiłam być WAMPIREM !

Liczyliśmy dni i w końcu nadeszło haloween. Tego dnia, nie poszłyśmy do szkoły, bo mieliśmy dużo spraw do załatwienia. Byłam odebrać paczkę z Polski na poczcie, w paru sklepach i w końcu przygotować się na wieczorne "trick or treat" czyli cukierek albo psikus w wersji amerykańskiej.

Lydia jako wiedźma i ja jako wampir


Tego dnia było bardzo zimno i chyba pierwszy raz od kiedy mieszkam w Montanie, zaczął wiać wiatr. Kalispell z każdej strony otoczone jest górami, więc było to rzadkie zjawisko. Po pół godzinie chodzenia na dworze, nawet w polarze, czapce i rękawiczkach nie było przyjemnie. Pojechaliśmy, w część miasta, niedaleko szkoły, gdzie trick or treating jest bardzo popularne. Od razu zaskoczyła mnie ilość ludzi i sposób, w jaki udekorowane był ulice. Było cudownie !








Razem z Lydią odwiedziłyśmy kilka nawiedzonych domów, odwiedziłyśmy naszych sąsiadów i zakończyłyśmy naszą haloweenową przygodę. Zebrałyśmy naprawdę dużo cukierków. 


   

To tylko moje cukierki i słodycze ! Lydia miała tak samo dużo, jak nie więcej.

Po powrocie do domu oglądaliśmy horror. Był naprawdę straszny i nie tylko ja tak sądzę, wszyscy inni też to potwierdzili. Trzymałam się dzielnie, ale około północy, na 15 minut przed końcem filmu za bardzo się bałam i poszłam do swojego pokoju na górę. Horrory nie są moim mocnym punktem, chyba nigdy nie dałam rady obejrzeć całego. Przez godzinę oglądałam jeszcze filmiki w internecie, by spokojnie usnąć i rozpocząć kolejny, zwyczajny tydzień w szkole.


5 komentarzy:

  1. Olaaaa ! :*
    wyglądasz przerażająco ! :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytam Twój blog od pierwszego wpisu i tak Ci zazdroszczę! :) Też jestem z Kalisza i marzę o nauce w amerykańskiej szkole, ale wg moich rodziców to chyba za drogie, i nie puściliby mnie, pewnie też dlatego, że nie rozumieją mojej miłości do USA, więc wątpię, by moje marzenie się spełniło. Ale może jakoś ich namówię kiedyś...
    Powiedz mi, jak wrócisz do Polski to będziesz dalej kontynuować naukę pomijając ten rok gdy jesteś w US, czy to czego nie zrobiłaś w Polsce musisz zrobić i skończysz szkołę rok później niż Twój rocznik?

    OdpowiedzUsuń
  3. Zobaczymy, jak się ułoży, bo mam dwie opcje, mogę iść do 1 klasy liceum albo do drugiej. Tak naprawdę wszystko się okaże w czerwcu, jak wrócę i porównam, czego uczyłam się w USA a co moja klasa robiła w Polsce. Jeśli będą duże różnice (a na to się zapowiada) to pewnie pójdę do 1 klasy i skończę liceum rok później niż mój rocznik. :))
    Życzę powodzenia w namawianiu rodziców, może się uda ! ;))

    OdpowiedzUsuń
  4. A, to już rozumiem. I dziękuję. Jeszcze takie małe pytanie mam do Ciebie, nauczyciele Was pytają, biorą do odpowiedzi na lekcjach na ocenę czy tylko kartkówki?

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie ma tu czegoś takiego jak odpytywanie albo niezapowiedziane kartkówki. Wszystko wiadomo minimum dzień wcześniej. Jedyną różnicą jest to, ze nie ma zasad w stylu można mieć jeden test dziennie itp - coś takiego nie istnieje. Dlatego niektóre tygodnie są gorsze a niektóre prawie bez niczego. Mimo wszystko system jest łatwiejszy.

    OdpowiedzUsuń