sobota, 8 sierpnia 2015

Jak ten czas biegnie!

Przypomniałam sobie o blogu po dwóch latach. Przeczytałam ostatni zamieszczony wpis i zdałam sobie sprawę jak wiele zmieniło się w moim życiu. Lata licealne już za mną, a do USA leciałam prawie 4 lata temu. Jak ten czas biegnie.

Przez chwilę wydawało mi się bez sensu zamieszczanie tutaj wpisu. Minęło za dużo czasu. Może jednak jest chociaż jedna osoba, którą zaciekawi jak potoczyły się losy Oli, która jako 16-latka spędziła rok w Montanie w Stanach.  Z tego powodu wpis jednak dodam.
Po moim pierwszym openerze w 2013 roku, wybrałam się z rodzicami do Chorwacji, a po spędzonych tam 2 tygodniach ROZPOCZĘŁA SIĘ 3 KLASA LICEUM. 



Początek klasy maturalnej niestety miałam pechowy (może poza faktem, że zdałam prawo jazdy).Pod koniec października zachorowałam na mononukleozę. Przez miesiąc nie pojawiłam się w szkole, musiałam przełożyć swoją imprezę 18-stkową, a urodziny spędziłam w łóżku, w wielkim swetrze, ledwo mówiąc, z niewyobrażalnym bólem gardła. Na szczęście po paru tygodniach WYZDROWIAŁAM. Impreza urodzinowa była przełożona na styczeń (choć urodziny mam w listopadzie). Bawiłam się świetnie i nigdy nie zapomnę moich 18-stych urodzin!




Tydzień przed przełożoną imprezą odbyła się moja STUDNIÓWKA. Początkowo nie sądziłam, że jest to coś wyjątkowego. Wykazywałam minimalne zainteresowanie czymkolwiek związanym z tym wydarzeniem.  Ekscytację poczułam dopiero wchodząc na wielką salę. Zabawa trwała do samego rana.


Reszta roku szkolnego to NAUKA, NAUKA, NAUKA (może jeszcze strach przed maturą). W kwietniu 2014 roku ukończyłam polską szkołę średnią. Przypomniało mi się moje amerykańskie zakończenie liceum. Rzucanie czapeczkami w górę, otrzymywanie dyplomu od dyrektora, wszyscy znajomi. Trochę zatęskniłam za USA. Nie miałam jednak czasu wspominać zbyt dużo, ponieważ czekała mnie matura. Miałam jeden cel w głowie – napisać na tyle dobrze, by dostać się na wymarzoną MEDYCYNĘ. Poświęciłam nauce biologii i chemii zarówno drugą jak i trzecią klasę. Wiedziałam, że to kierunek dla mnie od razu po powrocie z USA. Tam zafascynowała mnie biologia (którą wcześniej w Polsce nienawidziłam). Można powiedzieć, że gdyby nie Stany pewnie nie walczyłabym o miejsce na studiach medycznych.


Na początku lipca dowiedziałam się, że DOSTAŁAM SIĘ NA WARSZAWSKI UNIWERSYTET MEDYCZNY. Zapamiętam ten moment na zawsze. Prowadziłam samochód, obok na miejscu pasażera siedział mój chłopak. Nagle słyszymy dźwięk przychodzącej na mój telefon wiadomości. Proszę go o odczytanie. DOSTAŁAM SIĘ. Łzy napływają mi do oczu, przez chwilę nie myślę o tym co dzieje się na drodze przede mną (było to bardzo nierozważne). Krzyczę z radości. Po paru sekundach ochłonęłam i znowu mogę skupić się na prowadzeniu auta, by bezpiecznie dotrzeć do domu. DOSTAŁAM SIĘ NA MEDYCYNĘ!!!!

Wakacje 2014 to kolejny Opener Festival, wyjazd na Kretę z rodziną i przyjaciółką Julią oraz w góry z Michałem. Poza tym kupowanie podręczników, szukanie mieszkania w Warszawie. 



z siostrą- Wiktorią

Kreta


Tatry



Zamieszkałam z dwoma cudownymi dziewczynami – Aniami. Przez cały rok wspólnego mieszkania dogadywałyśmy się świetnie. Nie mogłam trafić lepiej.
Rozpoczął się pierwszy rok MEDYCYNY. Znowu trafiłam do nowego miasta, nie znając nikogo. Musiałam sobie radzić tak jak niegdyś w Stanach. Tym razem było o wiele łatwiej. Doceniłam rok w Montanie i doświadczenia tam zdobyte.

Gdy mówią, że medycyna jest ciężka-  TO UWIERZCIE MI, NIE ŻARTUJĄ. Cały rok spędziłam w książkach. Anatomia, histologia, anatomia, histologia. Nauka po kilkanaście godzin dziennie. Momentami minimalna ilość snu. Nauczyłam się funkcjonować przy 3-5h spania. Miałam momenty załamania, prawdopodobnie jak większość osób pod taką presją i przy tak dużej ilości materiału do przyswojenia. Zawsze jednak podnosiłam się i uczyłam dalej. Mimo że prawie nie miałam czasu wolnego to pokochałam medycynę. Wiem, że dobrze wybrałam i to kierunek dla mnie.

Nie samą nauką człowiek żyje, dlatego mój minimalny czas wolny starałam się poświęcać na jakieś konstruktywne zajęcia. Dołączyłam do klubu pływackiego AZS. Trenowałam pływanie jako dziecko w podstawówce, niestety później ciężko było mi połączyć dużą ilość treningów i naukę. Zrezygnowałam. Do pływania powróciłam właśnie na 1 roku studiów. Startowałam nawet w kilku zawodach, a godziny spędzone na basenie były idealną odskocznią od reszty spraw. Pomijając już fakt, że UWIELBIAM PŁYWAĆ. 


Wybrałam się też na studniówkę mojego chłopaka. Początkowo miałam w ogóle się na niej nie pojawić, z powodu kolokwium w sobotę następnego dnia. Niestety było ono ważne i  nie mogłabym go opuścić. Miałam jednak niesamowite szczęście. KOLOKWIUM PRZEŁOŻONO. Byłam na studniówce i bawiłam się świetnie, tak samo dobrze jak na mojej. 


Wielkanoc spędziłam w Zakopanem. W tym roku padał wtedy jeszcze śnieg w górach, dlatego święta to głownie SNOWBOARD i walki na śnieżki. 


Sesja zbliżała się niestety wielkimi krokami. Dało się ją coraz bardziej odczuć. Stres sięgał zenitu a w głowie tylko jedno pytanie: JAK JA MAM TO WSZYSTKO POWTÓRZYĆ?!? Zaszyłam się w książkach i siedziałam w mojej anatomicznej i histologicznej norze przez klika tygodni. Na egzamin z anatomii szłam przerażona. Serce biło chyba najszybciej w życiu, byłam cała blada. Wiedziałam jednak, że muszę się pozbierać i dać sobie radę. Podołałam. ZDAŁAM WSZYSTKO W PIERWSZYM TERMINIE i to jeszcze ze średnią 4,75. Nie mogłabym być szczęśliwsza! Po rocznych zmaganiach z książkami i wieloma poświęceniami mogłam oficjalnie powiedzieć że JESTEM NA DRUGIM ROKU. 

 
moja grupa na anatomii

Pozostały jeszcze praktyki w szpitalu. Trwały 120h, codziennie o 7 musiałam stawić się w szpitalu i uczyć się pobierania krwi, podawania leków, zastrzyków. Jako szpital wybrałam ten w moim rodzinnym mieście, a oddział – Chirurgię Ogólną i Przewodu Pokarmowego. Spędzone tam godziny minęły szybko. Poznałam innych bardzo sympatycznych studentów medycyny Wrocławia i Łodzi. Cieszyłam się jednak, gdy się skończyły, ponieważ oznaczało to początek moich WAKACJI. 


Na razie spędzam je w rodzinnym mieście, jeżdżąc na rowerze, oglądając filmy i odpoczywając. W połowie sierpnia jadę z rodzinką na kilka dni w góry a potem z chłopakiem lecimy na dwa tygodnie na Korfu. Wiele ciekawych rzeczy przede mną.
Pozdrowienia
Ola

środa, 14 sierpnia 2013

OPENER FESTIVAL - tydzień w Trójmieście na początek wakacji

Moja druga klasa liceum zleciała w mgnieniu oka. Po początkowym wewnętrznym buncie związanym z powrotem, narzekaniem na polski system edukacji i powtarzaniem, że "w Stanach rozwiązali to lepiej", w końcu przyzwyczaiłam się, a w zasadzie po prostu odzwyczaiłam od USA. W drugiej połowie roku mój rocznik z racji przekraczania progu pełnoletności rozpoczął "sezon osiemnastkowy". Szczególnie dużo tego typu imprez nasiliło mi się pod koniec roku szkolnego, w maju i czerwcu, rozpoczynając między innymi na mojej przyjaciółce Oksanie, po osiemnastkę mojego chłopaka Michała w dzień zakończenia roku szkolnego.







Kilka dni po rozpoczęciu wakacji wraz z Michałem i grupką znajomych wybrałam się do Trójmiasta na czterodniowy Opener Festival. Czekała nas tam piekna pogoda, przedpołudnia na plaży w Sopocie, wieczorne i nocne koncerty, Kings of Leon, Arctic Monkeys, Blur, Hey, Maria Peszek, RIHANNA i wieeeeeele innych zespołów a także poranne letnie powroty kolejką do pokoju w Gdańsku. W Trójmieście spędziłam łącznie tydzień. Było naprawdę fantastycznie. Wiem, ze w przyszłym roku z pewnością również się WYBIERAM i początek lipca 2014 jest zarezerwowany na właśnie ten festiwal!




autobus, na którym można było się podpisywać!!

RIHANNA

mapa w ręku i szukamy drogi jak prawdziwi turyści


Poza openerem, tego lata Trójmiasto odwiedziłam jeszcze raz a w najbliższych dniach wyruszam do Chorwacji, ale o tym może innym razem! Miłej końcówki wakacji!

sobota, 4 maja 2013

PANCAKES!

Znalazłam chyba najlepszy przepis na amerykańskie naleśniki! Są takie jak z filmów (i jakie podają w prawdziwych restauracjach w USA). Aż sama się dziwię, że na wszystko natrafiłam dopiero w Polsce, ale teraz chociaż czasem w sobotni poranek mogę wrócić (poprzez jedzenie) do Kalispell. Naleśniki są niesamowicie puszyste i polewam je syropem klonowym, który leży w mnie w domu na półce obok masła orzechowego - są jeszcze takie amerykańskie rzeczy, z którymi po prostu nie mogę się rozstać!



Składniki na ok 2-3 osoby:
  •  1 i 1/4 szklanki mąki
  • 1 jajko
  • 1 i 1/4 szklanki maślanki
  • 1/4 szklanki cukru
  • 1 czubata łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 1/4 szklanki oleju
  • szczypta soli
 Przygotowywanie nie jest skomplikowane. Wystarczy w misce mikserem na niskich obrotach bądź trzepaczką wymieszać wszystkie składniki aż się połączą, nie dłużej, by ciasto nie było później zbyt mało delikatne. Na rozgrzaną patelnię (minimalnie naoliwioną- dosłownie kilka kropli) nakładamy ciasto i przewracamy w momencie kiedy pojawią się bąbelki widoczne na powierzchni ciasta. Smażymy jeszcze chwilę i voila! Smacznego!

wtorek, 2 kwietnia 2013

Bo najtrudniejsze są chyba podsumowania!

Pamiętam jeszcze chwile, gdy było dawno po północy a ja siedziałam w moim amerykańskim pokoju i składałam po kolei słowa, żeby napisać sensowny wpis na bloga. Była to w sumie codzienność albo chociaż prawie codzienność (maksymalnie co drugi wieczór). 

Nigdy nie byłam zbytnio typem osoby prowadzącej pamiętnik, ale jakoś potrafiłam przez rok w miarę systematycznie pisać bloga. Jestem teraz niesamowicie wdzięczna sobie, że to robiłam, bo w wirze polskiej rzeczywistości, czasem świetnie jest wrócić do wpisów na przykład z zeszłego listopada czy kwietnia. Teraz najwyraźniej wróciłam do dawnego trybu niezapisywania minionych chwil, dlatego na hellofrommontana wieje pustką.

Zabieram się dzisiaj za najtrudniejszy temat, czyli podsumowania. Dociera do mnie, że niełatwo jest zebrać emocje z 10 miesięcy w kilkadziesiąt zdań. Pierwsze co przychodzi mi na myśl to, że z pewnością nie żałuję, że pojechałam. Jakkolwiek trudno było momentami, warto!

Gdy jako trzeciogimnazjalistka zdecydowałam się ubiegać o wyjazd do Stanów, chyba nie do końca zdawałam sobie sprawę ze wszystkiego. Zawsze uważałam się za osobą dość rozsądną i trzeźwo myślącą, więc wiedziałam, a bardziej przypuszczałam, że nie będzie tylko kolorowo. Tak naprawdę byłam w głównej mierze po prostu podekscytowana. "Przygoda życia, amerykańskie liceum!!"- chyba nie było dnia żebym w głowie nie miałam jakby wypisane te słowa wielkimi literami. 

Po prawie roku starań w końcu stanęłam na lotnisku i samodzielnie przekroczyłam bramkę, wsiadłam do samolotu, podenerwowałam się trochę ( z perspektywy czasu uśmiecham się gdy myślę o mnie biegającej po lotnisku w Amsterdamie i wymuszonym płaczu by dostać miejsce w samolocie do USA) i w końcu wylądowałam w Kalispell. Początki nie były nawet takie trudne, sama byłam zaskoczona ile rozumiem i jak pięknie jest wokół. Wszyscy byli mili, uprzejmi, pomocni. Trochę bałam się odzywać, gdyż często brakowało mi znajomości bardziej skomplikowanych słówek, ale z każdym dniem już mniej o tym myślałam. Rozpoczęła się szkoła, zajęcia, poznawanie mnóstwa ludzi i wtedy pierwszy raz chyba zderzyłam się jakby ze ścianą. Pierwszy raz coś było nie tak jak sobie wyobrażałam. Owszem, poznałam wiele osób, ale w szkole, która miała ponad tysiąc uczniów przez jakiś czas czułam się prawie sama. Moi klasowi koledzy co roku mieli uczniów z wymiany i "sensacją" ci nowi byli może dwa dni. Nie oczekiwałam bycia w centrum uwagi, ale zauważyłam, ze jeśli sama nie podejdę i nie będę bardzo otwarta to będę potem tego żałowała. Uwierzcie, nie było łatwo, jesteś w nowej szkole, nie znasz nikogo, ponadto na każdym kroku musisz skupić się by wszystko zrozumieć i jeszcze masz tak po prostu być otwartym. Przyzwyczajałam się do relacji wśród amerykanów jeszcze przez długi czas. Później w trakcie roku szkolnego zapisałam się do klubów sportowych, grałam w sztukach teatralnych. Zawsze miałam dobry kontakt z wymieńcami. Zaczęło się układać.

Byłam na meczach footballa, szkolnych balach, imprezach, urodzinach koleżanek. Z jednego takiego przyjęcia wyszła chyba najlepsza dla mnie rzecz. Gdy byłam w trudnej sytuacji z moją host rodziną i postanowiłam ją zmienić, zamieszkałam właśnie u koleżanki, u której tydzień wcześniej byłam na urodzinach. Tylko dlatego że wtedy jej rodzice i rodzeństwo pozytywnie mnie odebrało i zapamiętało, zdecydowali się przygarnąć mnie pod swój dach na cały drugi semestr. 

Wracając do zmiany rodziny, był to najtrudniejszy moment podczas całej wymiany. W życiu chyba nigdy wcześniej nie musiałam przechodzić sama przez tak ciężką sytuację. Wmawiałam sobie, że dam radę, ale targały mną emocje. Niby chciałam mieszkać u innej rodziny, ale nawet nie wiedziałam czy w nowej będzie lepiej, czy nie. Może nie było tak źle? Pytałam i winiłam siebie o problemy w pierwszej rodzinie, ale przecież wiedziałam, że nic nie zrobiłam źle, po prostu czasem w życiu ludzie się nie dogadują. Po raz pierwszy zaczęłam tak naprawdę bardzo tęsknić. Wcześniej tak bardzo podobało mi się, że nie miałam czasu na wracanie myślami do Polski - w końcu spełniały się moje marzenia!

Już po zmianie, odzyskałam moje dawne nastawienie. Było cudownie do samego końca! Przeżyłam wiele niezapomnianych chwil. Byłam nad Pacyfikiem dwukrotnie, poszłam na prom, grałam w kolejnej sztuce teatralnej, poznałam moją najlepszą przyjaciółkę w Stanach (szkoda, że zaprzyjaźniłyśmy się dopiero pod sam koniec), bawiłam się wielokrotnie ze znajomymi, ukończyłam szkołę, grałam w tenisa i nagle nie wiadomo kiedy wróciłam do Polski. Jak ten czas szybko zleciał!!






Wyjechałam do Stanów i wróciłam trochę inna. Bogatsza w tyle nowych doświadczeń i zdecydowanie dojrzalsza. Żyłam w końcu sama cały rok za oceanem! To raczej nie jest codziennością dla każdej 16-17 latki.Jest tyle plusów takiego wyjazdu, że z łatwością zakrywają one małe minusy po drodze. Oprócz tego, że znam angielski już naprawdę biegle, poznałam inną kulturę, setki ludzi. Teraz czasem nawet mówię do siebie: "Byłam  w USA jako szesnastolatka, nic nie jest nieosiągalne". I to mnie motywuje...

niedziela, 30 grudnia 2012

Końcówka roku i wszystko z tym związane

Zniknęłam na jakiś czas. Ten z kolei zleciał w mgnieniu oka, bo w końcu od 6 października, czyli daty mojego ostatniego wpisu minęło nie kilka dni, a miesięcy. Ostatnio doszłam nawet do wnosku, jak ważny jest czas w naszym życiu. To jedna z tych rzeczy, których juz nigdy nie odzyskamy, bo można go stracić albo właściwie zagospodarować i cieszyć się każdą chwilą do ostatniej sekundy. Może ujawnia się tu ta "punktualna" część mnie dbająca o pojedyncze minuty.  Ostatnio przyzwyczaiłam się do życia w biegu. Dni mijały zbyt szybko, ale wszystko wydawało się być na swoim miejscu.

Już dawno temu wróciłam do Polski. Ułożyłam sobie życie nie do końca od nowa, ale z pewnością z małymi zmianami. Wyjazd zdecydowanie mnie zmienił. Tego nie mogę podważyć. Wróciłam do rodzinnego miasta z jasno określonym planem w głowie dotyczącym czego chcę dalej. Teraz jestem na etapie dążenia do tego, by wszystkie plany się spełniły. Głęboko wierzę (i ciężko pracuję) by tak było.

W Polsce większość osób przyjęła mnie bardzo ciepło. Szczególnie w szkole, wśród znajomych. Zaangażowałam się w kilka rzeczy. Między innymi wróciłam do Studia Piosenki w miejskim Centrum Kultury i Sztuki. W grudniu mieliśmy koncert i śpiewałam tam piosenkę "So this is christmas" Johna Lennona.

ze strony: http://www.ckis.kalisz.pl

Cofając się jeszcze trochę w czasie, w listopadzie obchodziłam 17 urodziny. Spędziłam je wśród znajomych. Było naprawdę śmiesznie. Dostałam Tekkena, co było strzałem w dziesiątkę, bo teraz też zdarza mi się usiąść przed xboxem i grać dla zabicia chwilowej nudy. Najczęściej moim xboxowym partnerem jest Wiktoria, moja siostra ;)


Potem były już tylko mikołajki i oczywiście święta. Te amerykańskie pamiętam jakby to było wczoraj. Z perspektywy całego roku, był to chyba najtrudniejszy okres. Niby świąteczna atmosfera zmuszała do śmiechu, szału prezentowego i ogólnej radości. Z drugiej strony Boże Narodzenie to czas spędzany z rodziną. Doceniłam wtedy co to znaczy usiąść przy wigilijnym stole z 12 potrawami a potem śpiewać kolędy. W tym roku wszystko było jak przed laty. Z jednym małym wyjątkiem. Wieczerza wigilijna była w naszym domu, a nie u babci. Chyba moje rzucanie się na głęboką wodę jest rodzinne, bo Wigilia to nie lada wyzwanie. Dołączyłam się do przygotowań. Ulepiłam pierogi i upiekłam z mamą sernik. Ciekawym faktem może być to, że w ostatnim czasie odkryłam wielką chęć do pieczenia. Babeczki, ciasteczka, torty, serniki ... Mieszanie ciasta jakoś odstresowuje ;)
Na wigilię klasową przygotowałam amerykanskie chocolate chip cookies. W dniu, w którym je piekłam w domu zapanowała jakby amerykańska atmosfera. Zaczęłam wspominać sobie chwile ze Stanów. Czasem tak mam. W końcu będzie to zawsze duża część mojego życia. 

wigilijny stół


Kończy się kalendarzowy rok. Przynosi to mnóstwo wspomnień i podsumowań. Nie wspomnę już o postanowieniach noworocznych, których wielką fanką nie jestem. Może jednak zastanowię się nad jednym. Warto byłoby pojawiać się tutaj częściej, bo chyba zapomniałam jaką frajdę sprawia mi dzielenie się moimi przyżyciami na hellofrommonatana. Kończę 2012 rok z uśmiechem na twarzy i mnóstwem wspomnień cudownych chwil. Życzę Wam wszystkim by po prostu cieszyć się każdym doświadczeniem, ale najważniejsze by stawiać sobie cele w życiu i konsekwentnie do nich dążyć. Trzeba marzyć, ale przede wszystkim spęłniać marzenia :) Wszystkiego dobrego w Nowym Roku. Oby była tak udany jak ten poprzedni. W może nawet lepszy! Sami zobaczymy....